środa, 7 stycznia 2009

Zakręcona, zakręcona.

I stało się to, przed czym przestrzegała moja teściowa, kiedy kupowaliśmy mieszkanie ogrzewane gazem za pomocą pieca dwuobiegowego- Rosjanie zakręcili kurek z gazem. I to w siedemnastostopniowe mrozy co niechybnie sprawi, że z mężem obudzimy się któregoś ranka skuci lodem jak Poprad pod Muszyną. Wobec tego zasugerowałam zainwestowanie w grzejnik na prąd. I to zanim spanikowany naród rzuci się do sklepów i wykupi wszelkie nie napędzane gazem źródła ciepła tak, że w supermarketach zostaną tylko popularne farrelki spod lady. I zanim ja będę zmuszona przyjąć od moich rodziców pomoc w postaci pożyczki ich własnej farrelki, która ma na koncie co najmniej dwa zwarcia w ich instalacji elektrycznej. Oraz zasłuchałam się w, niekiedy histeryczne, komentarze, wygłaszane ustami komentatorów na falach eteru. Wśród których przebił się ku mnie jeden głos rozsądku, oraz jedna wieść absolutnie straszna.

Głos rozsądku zabrzmiał tak: Rosja nie może zaprzestać sprzedaży gazu, bo to jej całkiem pokaźne źródło zysków. A Polska to jest mały, nie liczący się tego gazu odbiorca- inni w zaistniałej sytuacji maja naprawdę poważniejszy problem niż my. Poza tym lepiej może komentować ostrożnie, bo nie do końca wiemy na pewno, kto komu co pozakręcał i czy aby w gazowym pokerze anno domini 2009 Rosja jest be a Ukraina cacy.

I byłabym, potakujaca owemu głosowi, wyłączyła radio i wyszła do pracy, gdyby nie nadpłynęła ku mnie z eteru wieść absolutnie straszna. Otóż niezależnie od wyważonego stanowiska mojego ojczystego Ministerstwa Spraw zagranicznych które orzekło, że w tej sytuacji Polska angażować się nie będzie ani po stronie ukraińskiej, ani po stronie rosyjskiej, ani w ogóle po żadnej ze stron, stanowisko zajął mój ojczysty Prezydent. Odmienne. Otóż wszyscy powinniśmy się opowiedzieć po stronie niewątpliwie poszkodowanej Ukrainy.

Mój ojczysty Prezydent. Mój ojczysty bohater. Tak, tak, opowiedzmy się! Z całą stanowczością pokażmy Rosji, kto tu rządzi i czyje na wierzchu. I niech im się przypadkiem nie wydaje że ten, kto ma pożądany surowiec. Albo pieniądze. My nie mamy ani gazu, ani pieniędzy (no chyba, że ściepę narodową na gaz zrobią emeryci pomostowi). Mamy za to Boga, Honor, Ojczyznę, oraz Ułańską Fantazję Pana Prezydenta! Polak jak chce, to ruszy na Stalingrad. W styczniu. Uzbrojony choćby w wyrwane polskiemu lotnikowi drzwi od stodoły. I mniejsza z tym, że Stalingrad nazywa się teraz zupełnie inaczej.

Ja mam jeszcze inna propozycję prowadzenia dorosłej i rozważnej polityki zagranicznej. Obraźmy się na Rosję za ten gaz i odmówmy przyjmowania z rurociągu i tych marnych 15 %, które stamtąd ciągle ciekną. Może i od tego pozamarzamy- ale za to jak godnie! 100 % gazu albo nic! Nicea albo śmierć! Jak ktoś nie wie, jak to się robi- ja mogę pokazać bo wszyscy, którzy mnie znają lepiej wiedzą, że mam pewną biegłość w materii spektakularnego obrażania się na niesprzyjające okoliczności przyrody. Co prawda wstydzę się owej biegłości i próbuję z nią walczyć- ale dla ojczyzny poświęcę się. No chyba, żeby jednak pan Prezydent- bo jednak moja biegłość blednie przy jego prawdziwym w tej kwestii talencie.

niedziela, 28 grudnia 2008

Anioł pasterzom mówił.

I to nie byle gdzie, jeno na Konferencji Episkopatu. A pasterze anielskie słowa objawione przelali na papier ( bo w seminarach duchownych oprócz nauki, że od faceta w sukience ciemny lud kupi wszystko w obawie o nieograniczoy dostęp do życia wiecznego uczy się, niestety, pisania listów duszpasterskich). I rozesłali po parafiach, żeby w niedzielę świętej rodziny (czyli Mesjaszka, jego mamy- wiecznie dziewicy oraz jej męża, który bez zmrużenia oka łyknął fakt, że jego dziewicza małżonka poczęła w wyniku nie konsumowania z nim sakramentu małżeństwa, ale boskiej interwencji) księża odczytali te prawdy objawione wiernym. I tak wierni dowiedzieli się, że:
1/. Rodzi się za mało dzieci.
2/. Narodowi potrzebne są rodziny wielodzietne. Wielodzietność jest cnotą.
3/. Wielodzietność to posiadanie czwórki i więcej dzieci. Trójka to norma i w ogóle nie ma się nad czym pochylać w duszpasterskim błogosławieństwie.
4/. Rodzice w takich rodzinach powinni zapewnić dzieciom miłość oraz utrzymanie. Jak? O tym widać anioł milczał, a pasterze w dobie kryzysu nabrali święconej wody w usta.
5/. Niektórzy rodzice dotykani są nieszczęściem samoistnego poronienia i wtedy szpital ma obowiązek wydać im ciało, żeby mogli zapewnić godny pochówek. Oraz obecność księdza (która najprawdopodobniej gwarantuje w tym przypadku ową godność).

Tu przerwał, lecz list trzymał. Wszystkim się zdawało, że będzie o najstraszliwszych grzechach przeciw życiu, czyli aborcji i antykoncepcji, które godzą w ową wielodzietność. A tymczasem...
6/. Straszne i niedopuszczalne jest in vitro. Dlaczego? Bo nie wolno ingerować w Boski Plan, w którym to planie dla niektórych dzieci są nieprzewidziane. I żeby Ci się, przypadkiem, drogi wierny nie pomyliło- to jest oficjale stanowisko kościoła, a nie odosobnione stanowisko rady starców, którym nadmiar nagromadzonej w organiźmie spermy odciął dopływ krwi do mózgu.

Jaka logika rządziła Episkopatem, który na jednym oddechu nawołuje do rozmnażania i odmawia prawa do niego parom z problemami zdrowotnymi- nie wiem ani ja, ani najprawdopodobniej sam wzmiankowany na początku Anioł, który teraz najprawdopodobniej wyrywa sobie pióra ze skrzydeł i klnie swój zbyt długi jęzor. Ale jeżeli in vitro rzeczywiście jest takim strasznym, niewybaczalnym ciosem w ludzką godność oraz katolicką moralność, to czemu nie pójść konsekwentnie tą ścieżką? Czemu nie uznać za straszne i godzące w tę samą moralność hormonalnego leczenia bezpłodności (nota bene, przy użyciu tych samych grzesznych hormonów, które w innych dawkach i stężeniach są skłonne zapobiec zapłodnieniu)? Albo operacyjnego udrażniania jajowodów? Ba- zapobieganie ciąży metodami tak zwanymi naturalnymi też przecież może godzić w boski plan dla nas, bo może każden jeden stosunek powinien się kończyć ciążą, a osoby homoseksulane i tak mają, że tak powiem, przechlapane w znaczeniu episkopalnym. No a cesarskie cięcia? Skoro kobieta nie może urodzić siłami natury- niech umiera. Bóg tak chciał. Na pewno. Co prawda ta kobieta, jej rodzina oraz lekarze nic nie wiedzą o takim boskim życzeniu. Ale Episkopat wie to z całą pewnością- w końcu mają na tę wiedzę monopol.

I tyle listu Episkopatu. Żadnego zająknięcia się o tym, że źle jest bić dzieci. Albo je molestować. Albo nie spędzać z nimi w ogóle czasu. Względnie spędzać go wyłącznie w pobliskim hipermarkecie, wpajając od najmłodszych lat cnotę nieograniczonej konsumpcji, czego dobitnie dowiódł szczęśliwie miniony okres przedświąteczny. Tylko tyle- miejcie, ludze, jak najwięcej dzieci, ale niech was ręka boska broni, żeby przez in vitro.

Ponad dwa tysiące lat temu pewien ubogi Żyd nauczał, że dla każdego człowieka wartością samą w sobie są wolna wola i wolny wybór. Że najwyższą cnotą chrześcijanina jest miłość bliźniego, a miarą naszego człowieczeństwa- to, jak gotowi jesteśmy współczuć innym ludziom. Dzisiaj, w Dzień Pański, Episkopat dał świadectwo temu, jak owe nauki są obecne w nauce kościoła.

czwartek, 25 grudnia 2008

Wesołych Świąt.

Wtorek, 16 grudnia. 
Lepimy z mamą uszka na Wigilię. Jakoś udało mi się ją przekonać, żeby nie robić tego dzień przed Wigilią tylko wczesniej i żeby zamrozić. Wychodzi nam 330 sztuk. Ojciec narzeka, że psujemy mu atmosferę świąteczną, bo wszystko ma swój czas i miejsce. A czas lepienia uszek to 23 grudnia. Z miejscem to tak różnie bywa, bo część świeżo ulepionych uszek ląduje nam na kuchennej podłodze. Wobec tego te, które nie spadły, zamrażamy z mamą w osobnym worku o nazwie "Jedzcie ludzie, TE nie były zbierane z podłogi."

Środa, 17 grudnia. 
Mama jedzie z wujkiem do babci. Wydobywające się z domu kłęby dymu witają ich już z daleka. W kuchni moja babcia z miną niewiniatka uparcie twierdzi, że absolutnie NIC nie zrobiła. Z wyjatkiem tego, że w ramach świątecznych porządków, postanowiła się pozbyc rdzy na blasze pieca kuchennego. Więc rdze ową zapastowała grubą warstwą pasty do podłogi. Po czym, jako że było chłodno, napaliła w piecu. I kto by pomyslał, że ta pasta taka łatwopalna... Ojciec narzeka, że to była jego pasta.

Czwartek, 18 grudnia. 
Oboje rodzice chorzy na grypę- nie wiem, które bardziej. Proszę zaprzyjaźnioną doktorkę, żeby ich obejrzała. Ojciec narzeka, że to wszystko przez szczepionke na grypę. Pierwszy raz w życiu się zaszczepił- i TO jest właśnie efekt, bo on w życiu grypy nie miał. A w każdym razie nie taką.

Piątek, 19 grudnia. 
Rodzice dalej chorzy. Jadę do nich w złudnej nadziei, że się na coś przydam. Uprzednio dzwoniąc, czy czegoś nie kupic po drodze. "Niee... albo... a zresztą nie... chociaż... nie, ja sama muszę." - oświadcza mama. Na miejscu okazuje się, że nie musi, bo chodziło o przytarganie sześciokilogramowego indyka ze sklepu, gdzie został zamówiony. Idę. Wracam z indorem w objęciach. Z daleka widzę, że mama wygląda przez okno. Znika. Znowu podchodzi. I znika. "Co jest- źle go niosę?" - zastanawiam się w popłochu. Na miejscu okazuje się, że indyk jest za mały. Tylko 5 kilo 30, a mama chciała co najmniej 6. 
"To nie indyk, tylko kura!" - martwi się mama. 
"Gdzieś Ty widziała sześciokilogramowe kury, chyba pod Czarnobylem?" 
"Zawsze był większy indyk na święta." - ogląda mama ptaszydło na wszystkie strony. "Mamo, jak był większy, toby się nie zmieścił w piekarniku i musiałabyś go piec w kawałkach."
"No- i w zeszłym roku tak piekłam!"
"I narzekałaś, że Ci wysechł."
Ojciec narzeka, że mama narzeka.

Sobota, 20 grudnia.
Absolutnie nikt z mojej rodziny nadal nie ma pomysłu na prezent od mojej babci dla mojej teściowej. Ojciec narzeka, że zepsuło mu się zeszłoroczne oświetlenie choinkowe produkcji chińskiej. I wpada na pomysł- oddaje je do naprawy. Wszystkie trzy komplety. Utrzymuje, że naprawa wychodzi o 6 złotych taniej, niż zakup nowych, ponieważ jest to oświetlenie typu diodowego. Mama mówi, że kiedy ślubowała nie opuścic ojca w zdrowiu i w chorobie miała cichą nadzieję, że to nie będzie schorzenie natury psychicznej. A ja już na zawsze pozostanę córką człowieka, który oddał do naprawy chińskie oświetlenie choinkowe.

Niedziela, 21 grudnia.
Przyjechał na święta kumpel ze swoją hiszpańską żoną i polsko- hiszpańskim dzieckiem. Opowiada że dziecko, w ramach ćwiczenia jednego z języków ojczystych oraz tworzenia świątecznej atmosfery, od tygodnia śpiewa "Chała na wysokościach." Ojciec narzeka na Francję- producenta zainiektowanej mu szczepionki na grypę.

Poniedziałek, 22 grudnia.
Kupiłam prezent od mojej babci dla mojej teściowej. Ceramicznego słonia.
"Jakoś sensownie wygląda?" - niepokoi się mama 
"Bardziej niż sensownie- kosztował cztery dychy, wygląda na co najmniej osiemdziesiąt!" - pocieszam ją.
Ojciec kupił trzy nowe komplety oświetlenia choinkowego, bo facet z zakładu napraw wszelakich zamknął zakład na święta. Jak naprawi na po świętach, na rodzicielskiej choince będzie w przyszłym roku sześć kompletów. No chyba, że te tegoroczne się popsują. I znowu odda je do naprawy. Póki co- narzeka na faceta z zakładu napraw.

Wtorek, 23 grudnia.
Pakujemy z mężem prezenty. Pakunek ze słoniem ma pecha, bo dwukrotnie zalicza okołochoinkową glebę i zaczyna się z niego dobywać niepokojacy grzechot. Rozwijamy.lewe ucho słoń ma rozbite na kilka kawałków. Niewiele myśląc, mąż zaczyna w panice sklejać słoniowe ucho klejem. Po jakichs trzydziestu minutach ucho wygląda jak sklejone, natomiast nasz stolik do kawy w pokoju dziennym juz nigdy chyba nie pozbędzie się białej plamy, wytartej podczas prób usuwania z blatu kleju. Ojciec narzeka, że dzień przed wigilią nie ma śniegu.

Wigilia.
Mąż przywozi z dworca teściową uświadomioną, że ma nie przyglądać się uchu słonia. Ja jadę po rodziców. Pakuję do samochodu prezenty. Rodziców. Siebie. Macam się po prawej kieszeni i wpadam w panikę, że zgubiłam dokumenty wozu, ubezpieczenie i swoje prawo jazdy. Wysiadam z samochodu w nadziei, że znajdę dokumenty. Znajduję- w lewej kieszeni, gdzie były przez cały czas. Dojeżdżamy na miejsce. Siedzimy i czekamy na babcię, którą wiezie mój wujek (ojciec narzeka, że wolno wiezie), zabawiając zebranych prezentacją możliwości nowego telewizora. Które to możliwości najlepiej widac na cyfrowym kanale w HD. Wybieramy History Channel. Wsród nocnej ciszy rozlegają się jęki zabijanych i rannych rzymian w krwawej inscenizacji potyczek armii wielkiego imperium, a aspekt HD pozwala w pełni docenić dosłowność owej inscenizacji. Wyłaczamy telewizor. Ryba w piekarniku za cholerę nie chce się podgrzać w 250 stopniach (na cieplej piekarnika nastawić się nie da) do zjadliwej temperatury. 

Łamiemy się opłatkiem, a za oknem zaczyna cicho padać śnieg.

czwartek, 20 listopada 2008

Niezła d...

Paweł Rybicki napisał felieton (http://www.pardon.pl/artykul/6883- nie mam pojęcia, czemu link nie działa jako link) w sprawie molestowania seksualnego. W którym to felietonie polemizuje z felietonem Magdaleny Środy na ten sam temat. Felietonu pani profesor, niestety, pan Rybicki nie linkuje. A szkoda. Ale ja o czym innym.

Felieton pana Rybickiego każe się zastanowić, czy "molestowanie seksualne to naprawdę jedno z ulubionych zajęć polskich mężczyzn" i stawia tezę, że "w dzisiejszych czasach trzeba być po prostu głupim, aby publicznie chwalić się molestowaniem podwładnych." Jeszcze raz podkreślając, że felietonu pani profesor na sieci nie znalazłam, na podstawie li i jedynie zamieszczonych w czytanym felietonie cytatów odniosłam wrażenie, że Magdalena Środa nie dowodzi twierdzenia "w Polsce istnieje społeczne przyzwolenie na seksualne molestowanie podwładnych", a raczej "Polska jest krajem, w którym molestowanie seksualne uważa się za coś zwykłego, wpisanego w obyczajowość."

Wiele osób może się w tym miejscu oburzyć, że jak to i ależ skąd. Ale tak szczerze i z ręką na sercu- ile osób obruszy się, a nawet zakwalifikuje jako molestowanie seksualne zwracanie się do współpracujących kobiet "kochanie", "laleczko" i otaczanie "silnym, męskim ramieniem" w talii w trakcie tradycyjnego, staropolskiego przepuszczania w drzwiach? Kiedy w letni dzień kobieta w krótkiej sukience przechodzi koło np. robót drogowych i słyszy te wszystkie gwizdy, mlaskania, cmokania oraz "ale nóżki!" (to wersja super light, w wykonaniu robotników leciwych oraz hipotetycznych)- komu przychodzi do głowy, że jest to zachowanie naganne właśnie w kategorii naruszenia tej samej sfery intymności człowieka, w którą godzi łapanie pracownicy za udo albo biust? Że ma to miejsce poza miejscem pracy? To, moim zdaniem, nie tu leży pies pogrzebany. Tego rodzaju zachowania wywodzą się z tego samego źródła niezależnie od tego, czy pojawiają się w godzinach pracy, czy nie. Z tego mianowicie że, jak pisze Magdalena Środa, "zachowania takie wpisane są bowiem w naszą kulturę i uświęcone tradycją. Mężczyźni są nader często przekonani, że nic tak nie cieszy kobiety i nic tak nie podnosi jej poczucia własnej wartości jak to, że się ją traktuje jako obiekt seksualny." Nieprawda? Znajomemu adwokatowi, człekowi światłemu i kształconemu, pani sędzia wlepiła kiedyś grzywnę za obrazę Sądu. Ponieważ w trakcie rozprawy, przy świadkach i stronach, zwrócił się do niej per "przeurocza." I za nic nie mógł potem zrozumieć, za co mu się ta krzywda finansowa stała. Czemu urzędnik państwowy, który w momencie założenia togi i łańcucha utożsamia powagę trzeciej władzy, nie docenił maestrii jego komplementu. Bo może to i sędzia- ale przecież kobieta. I trzeba jej humor poprawić komplementem, bo może mieć akurat PMS i niekorzystny wyrok wydać- takie to już te kobiety są nieprzewidywalne. I dopóki ów znajomy i inni jego znajomi nie dostrzegą problemu, pani profesor będzie miała, niestety, rację. A o tym, żeby w ramach komplementu nie słyszeć z mniej światłych i kształconych ust tu i ówdzie: "O, niezła d..." w ogóle nie będzie co marzyć.

Dla nadania mojemu wpisowi pozorów obiektywizmu dodam że znam też, niestety, wiele kobiet które, kiedy przejdą koło wyżej wzmiankowanych robót i nie zostaną ogwizdane i ocmokane, mają zepsuty dzień oraz ponura refleksję, że tak się właśnie zaczyna starość. Ale to już temat na inny wpis.

piątek, 10 października 2008

Ekonomia vs siły natury.

"Budżetu państwa nie stać na to, by zapewnić Polkom darmowe znieczulenie przy porodzie. Poród to fizjologia i tak nas, kobiety stworzyła natura, że pewne rzeczy powinny się odbywać jej siłami - mówi w "Dzienniku" minister zdrowia Ewa Kopacz. Minister zdrowia odpowiedziała w ten sposób na wystosowane 10 dni temu pismo Polskiego Towarzystwa Ginekologicznego, które w imieniu kobiet zaapelowało o refundację znieczulenia podczas porodu."

No. Tośmy się dowiedzieli. Budżet państwa stać od lat na fundowanie rolnikom darmowych ubezpieczeń w ramach KRUS. Na oddawanie połaci ziemi i kamienic w centrum miast kościołowi katolickiemu. Na wprowadzenie do szkół świeckiego podobno państwa religii. Na takie morze emerytur pomostowych, że jakby nazwa rzeczywiście była mówiąca, to mielibyśmy w Polsce najlepiej utrzymaną na świecie sieć mostów. Na wypłacanie po 9 tysięcy pensji panom i paniom z IPNu, którzy za te pieniądze grzebią się w tym, co w cywilizowanych krajach zostało już dawno zabetonowane i zapomniane, a ludzie wzięli się do roboty. Na wprowadzenie dodatkowego święta Trzech Króli. Nie stać natomiast na refundację znieczulenia przy porodzie. Z tak rozumianej ekonomii ktoś powinien napisać co najmniej przewód doktorski. I opublikować- niech się świat dowie, że Polak potrafi! Egzystować w kraju, w którym ekonomia się nie przyjęła. Jak kodeks postępowania cywilnego w sądzie w Kielcach.

Uzasadnienie zaś owego stanowiska rządu- majstersztyk zasad logicznego rozumowania. Brawo, pani minister! Pewne rzeczy powinny się odbywać siłami tak zwanej natury? A czy przypadkiem wbrew naturze nie jest utrzymywanie ludzi przy życiu wyłącznie przy pomocy aparatury przez długie tygodnie i miesiące? Przeżywalność wcześniaków z masą urodzeniową jeden kilogram i mniej? Podtrzymywanie zagrożonych ciąż? Czy aby matka natura w swojej mądrości planowała dla człowieka życie dłuższe niż 70 lat? Albo chodzenie w postawie wyprostowanej?

Ale przynajmniej w ten sposób, po raz pierwszy chyba, logiczne staje się wobec powyższego stanowisko władz polskich wobec in vitro. Oraz spadająca w Polsce liczba przeszczepów.

piątek, 29 sierpnia 2008

Ale świętości nie szargać!

Wczoraj, w prasie codziennej znalazłam krótką notkę o tym, że jest w planach nakręcenie kolejnego filmu o obronie Westerplatte we wrześniu 1939 r. Że Paweł Chochlew napisał scenariusz, w którym obrońcy są normalnymi ludźmi którzy boją się, mają wątpliwości- a jednak bronią Westerplatte. Pomyślałam. że jeżeli opowiedzieliby na odmianę, jak naprawdę wyglądała obrona Westerplatte, zamiast wysyłać jego obrońców czwórkami do nieba, to jest szansa na dobry film.

Moja uciecha trwała jeden dzień. Bowiem dnia następnego też czytałam prasę codzienną. I znowu uprzedziła mnie Magda Hartman, pisząc o zaiste świętym oburzeniu, jakie wywołał głównie nieczytany przez święcie oburzonych scenariusz pt "Tajemnica Westerplatte". Na przykład Mariusz Wójtowicz-Podhorski: "Scenariusz to ordynarny i wyjątkowo brutalny atak na legendę Westerplatte. Film ma zniszczyć i zhańbić walczących tam żołnierzy. "Tajemnica Westerplatte" ma jednoznacznie antypolski charakter. Pijany obrońca sikający na portret marszałka Rydza-Śmigłego, żołnierze kradnący żywność z magazynów i biegający nago pod ostrzałem Niemców. Podpity kapitan Franciszek Dąbrowski wymachujący pistoletem i pociągający z ukrytej w kieszeni płaszcza butelki wódki. Polscy żołnierze w obleśny sposób liżący pornograficzne karty. Tak wyglądają fragmenty scenariusza. Wydaje mi się, że niestosowne byłoby to nawet komentować." Dzisiaj w radiu TOK FM radny z Gdańska opowiadał, jaki to ten nie nakręcony jeszcze film niegodny i godzący w wartości; on, radny, scenariusza wprawdzie nie czytał, ale on wie! Rząd, dla którego taki scenariusz tez jest wątpliwy ideowo nie tylko nie obejmie filmu patronatem (o co zwracali się do Kancelarii Premiera twórcy filmu), ale także spowoduje cofnięcie dotacji dla filmu z PISF.

I tak dalej... Jak pisze Magda Hartman: "Potępianie dzieła sztuki przed jego powstaniem to taki polski endemit. Nikt jeszcze filmu nie widział - scenariusz jest w końcu tylko partyturą - ale już wiadomo, że film będzie obraźliwy. I "antypolski" - słówko mające odpowiedniki wyłącznie w USA za senatora McCarthy'ego, oraz... w ZSRR. Polski Instytut Sztuki Filmowej, instytucja państwowa, już się wystraszył. W ciągu kilku godzin jego rzeczniczka, Anna Godzisz, od "film na miarę "Kanału" Wajdy przeszła do "film nie powstanie". "Gazeta Wyborcza" również wie już, skąd wieje wiatr - opinie twórców filmu, jeszcze wczoraj prezentowane bezstronnie, dziś komentowane są sarkastycznie."

Co takiego jest w nas, Polakach, że z takim zapałem wołamy za Stańczykiem z "Wesela": "Ale świętości nie szargać- bo trza, żeby święte były! Ale świętości nie szargać- to boli!" (inna rzecz czy wrzeszcząc, umiemy wskazać Wyspiańskiego jako źródłosłów naszych patriotycznych wrzasków)? Że jak Rejtan bronimy coraz bardziej zakurzonych cokołów? Że radzi byśmy na kartach naszej historii widzieć wyłącznie herosów, bohaterskich księży oraz dziewice? Jakoś mi się komponuje w całość to święte oburzenie z doniesieniem prasowym, że katecheci nie chcą uczyć religii w szkołach, bo się boją dzieci. A boją się moim zdaniem dlatego, że jak dzieci myślą i zaczynają zadawać pytania, katecheci do zaproponowania oprócz prawd objawionych nie mają absolutnie nic. Żadnych inteligentnych odpowiedzi. Żadnych dyskusji intelektualnych. Wyłącznie bogobojny akcent na wymamrotane znad robótek ręcznych: "Oto ja, służebnica pańska, niech mi się stanie według Słowa." I mniejsza z tym, czy Słowo zostało wyartykułowane w znanym nam języku. Bo w Jedynej Słusznej Wierze nie ma miejsca na wątpliwości- wyłącznie na leżenie krzyżem i czucie się niegodnym eucharystii jednocześnie z czuciem się Chrystusem narodów, zrzeszonych z bezbożnej Unii Europejskiej.

Cyprian Kamil Norwid, po którego twórczości poloniści zazwyczaj prześlizgują się z zakłopotaniem, omówiwszy wcześniej starannie wallenrodyzm i mesjanizm oraz pozostałych dwóch Wieszczów, napisał kiedyś: "Jesteśmy żadnym społeczeństwem- jesteśmy wielkim sztandarem narodowym."

Ostatnio widziano ten sztandar powiewający nad Gruzją.

niedziela, 10 sierpnia 2008

Nie oglądam Olimpiady.

To mój prywatny, nic nie znaczący protest przeciwko temu, co Chińczycy robią w Tybecie. Ale także przeciwko temu że tak zwany Zachód, najpierw głośny krzyczący o łamaniu praw człowieka, świętości Dalaj Lamy i bojkocie Igrzysk cichł i kładł uszy po sobie w miarę, jak docierały do niego ekonomiczne konsekwencje posiadania i konsekwentnej obrony własnego zdania. Jak trafnie podsumowała to w swoim artykule zatytułowanym "Wszyscy jesteśmy Chińczykami" Marta Wawrzyn, " W ciągu ostatniej dekady przehandlowalismy wolność za tanie majtki. (...) George W. Bush machający miniaturową flagą na ceremonii otwarcia. Pierwsza para zwiedzająca Zakazane Miasto (...) Przed nami jeszcze nabożeństwa oraz spotkania z chińskim premierem i prezydentem. Przykro widzieć władcę wolnego świata, który zachowuje się jak wasal składający hołd swemu panu. Jeszcze bardziej przykro robi się na myśl, że George W. Bush, podobnie jak pozostali zachodni przywódcy, nie ma wyboru. Poddańcze gesty wobec Chin oznaczają zwycięstwo Realpolitik. Bojkot olimpiady byłby bojkotem chińskiej gospodarki, a ten nie wpłynąłby pozytywnie na gospodarki Zachodu."Jeden świat, jedno marzenie", głosi hasło olimpiady w Pekinie. Bardzo trafne hasło. Dziś marzenie świata brzmi: by wszystkim żyło się lepiej, a Chińczykom najlepiej. Kupując tanie ciuchy, elektronikę oraz masę innych rzeczy wszyscy stajemy się Chińczykami. Wszyscy wspieramy reżim."


Marta Wawrzyn stawia pytanie, kiedy zaczniemy żałować tego, w jaki sposób jako tzw gospodarki rozwinięte ustawiliśmy sobie priorytety. Ja zastanawiam się raczej, czy w ogóle kiedykolwiek zaczniemy tego żałować. Ręka do góry, kto pędzi do sklepu oddawać telewizor, który na tabliczce znamionowej ma "Made in China"? Kto, kupując jeansy, wczytuje się w metkę i od zakupu powstrzymuje go opis miejsca produkcji portek? Kto nie marzył w peerelowskim dzieciństwie o chińskim piórniku z wielkooką pandą, wypełnionym po brzegi pachnącymi, chińskimi gumkami do mazania?

piątek, 8 sierpnia 2008

O owcach i pasterzach.

Chcę zostać Magdą Hartman. Oraz pilotem i antykwariuszem, ale w chwili obecnej, przeczytawszy ostatni artykuł Magdy Hartman nią właśnie, bo napisała taki komentarz, który ja chciałabym była napisać. A że opisała i skomentowała cudownie celnie i dokładnie tak, jak ja bym to była skomentowała, pozwolę sobie ten jej artykuł przytoczyć poniżej w całości ( także z tego powodu, że chwilowo nie umiem w tekst bloga wstawić takiego linka który by, na odmianę, działał ).

„Zmarła dziewczynka bez mózgu. "Obrońcy życia" się cieszą, że dopiero teraz - po 20 miesiącach życia. A zdaniem lekarzy miała przeżyć tylko kilka godzin. Otóż jak pisze KAI, żyjąc trochę dłużej... "obaliła argumenty przeciwników życia". Katolicka Agencja Informacyjna śmierci brazylijskiego dziecka poświęca wzruszającą depeszę z tezą. U małej Marceli de Jesus Ferreira w życiu płodowym stwierdzono bezmózgowie - ciężką wadę wrodzoną, uniemożliwiającą rozwój dziecka i normalne życie. Lekarze zalecali aborcję. Bohaterska - i oczywiście niezwykle pobożna - matka, rolniczka Casilda Galante Ferreira (36) odmówiła. Choć deformacja płodu przysparzała jej cierpień. Ludzie rzeczywiście cierpią, ale ona [płód] nie należy do mnie, tylko do Boga a ja się nią tutaj jedynie opiekuję. Urodziła więc - i podkreślała, że każda sekunda życia Marceli jest czymś cudownym. Uważam jej życie za cud tak wielki, że będę miała nadzieję na jego trwanie aż do chwili, gdy Bóg zechce ją zabrać. Cudem podobno była również rekordowa długość życia, jak na człowieka z niewykształconym mózgiem - rok, osiem miesięcy i 12 dni. Marcela zmarła wskutek ustania pracy układu krążeniowo-oddechowego, spowodowanego ciężkim zapaleniem płuc. Ważyła 15 kilogramów, mierzyła 72 centymetry. KAI konsekwentnie nazywa ją "niedorozwiniętą". Myśleliśmy, że tego dość strasznego słowa ludzie cywilizowani już nie używają. Na pogrzebie zjawiło się 1500 osób - większość mieszkańców miasteczka Patrocinio Paulista. Imieniem dziecka ma zostać nazwana jedna z jego ulic. Przed złożeniem dziecka do grobu jego matka powiedziała tak: „Bóg przybył, aby jej poszukać. Nadeszła jej chwila. Czuję się szczęśliwa, gdyż mała nie cierpiała bardzo i żyła otoczona miłością.” W przypadku osoby pozbawionej mózgu trudno ocenić, czy ona cierpi, czy też nie. Pozostawmy jednak matce jedyną pociechę. Oczywiście, miała ona prawo do swojej decyzji - która na swój sposób jest godna szacunku. Jednak całkowicie niepojęte jest, jak z tak skrajnie tragicznego przypadku Katolicka Agencja Informacyjna jest w stanie ukuć oręż do swej ideologicznej batalii. To, że okaleczona istota żyła nieco dłużej, niż zdaniem medycyny powinna, staje się upiornym argumentem przemawiającym rzekomo za całkowitym odebraniem prawa wyboru kobietom mniej heroicznym - albo zwyczajnie mniej bogobojnym - niż rolniczka z Brazylii. Której nikt nie zmuszał - ani by urodziła, ani by nie urodziła. Dość bezwstydna manipulacja intelektualna polega na tym, że z arbitralnie dobranego, bardzo szczególnego wypadku jednostkowego, w imię ideologii, chce się uczynić uniwersalną regułę. Casilda Galante Ferreira dokonała określonego wyboru. Umożliwiono go jej. Ale jej wybór ma służyć pozbawieniu wyboru innych kobiet. Które może niekoniecznie są rolniczkami z Brazylii - święcie przekonanymi, że dziecko umiera, gdyż jakiś bóg postanowił "odebrać swoją własność". Choć niektórym może się to wydawać szokujące, istnieją ludzie, którzy w takiego boga po prostu nie wierzą. I nie życzą sobie, by o ich życiu decydowali fanatycy, pragnący bezlitosne reguły przez owego boga rzekomo wyznaczone narzucić wszystkim bez wyjątku. Czy w niego wierzą, czy nie.”

Nic ująć. A od siebie dodam tytułem komentarza- może się to wydać nawet bardziej szokujące ale istnieją katolicy, którzy i w takiego boga i w taki kościół po prostu nie wierzą. I nie życzą sobie, żeby grupa „oświeconych” przewodników duchowych oznajmiała im tonem nie znoszącym sprzeciwu, co dobre a co złe, urągając tym samym ich inteligencji i umiejętności dokonania racjonalnego osądu. Bo przecież oni, przewodnicy, głoszą wyłącznie prawdy objawione; tym samym skutecznie zamykają drogę jakiejkolwiek polemice czy też pytaniom, na które musieliby już odpowiadać samodzielnie, bo Duch Święty nie przemawia na konferencjach prasowych. Zdaje się że Bóg, tworząc człowieka ( kobietę oczywiście z odpadków z Adama i bez zamka błyskawicznego w brzuchu, żeby nikomu nie przyszło nawet do głowy, że może rodzić inaczej, niż siłami tak zwanej natury, w starotestamentowych bólach ), dał mu na drogę wolną wolę. Żeby człowiek wybierał. I poprzez dokonywane wybory uczył się definiować dobro i zło, tym samym wykształcając swoje sumienie jak układ immunologiczny. Bo życie to także sztuka wyborów, a człowieczeństwo- także sztuka uczenia się na błędach. I zdaje się, że z wysokości ambony i z mroków konfesjonału tego aspektu człowieczeństwa pasterze owiec pańskich po prostu nie umieją dostrzec, wybierając nie wymagającą wysiłku intelektualnego, intratną i spokojną posadę pasterzy baranów.

Popularna prasa kobieca.

Przy okazji zakupu bielizny, dostałam w sklepie za darmo (sic!) egzemplarz popularnej prasy kobiecej. Myślałam, że promocja polega na tym, że egzemplarz jest sprzed roku. Ale nie- świeżutki, na sierpnień 2008. "No dobra"- pomyślałam i oddałam się popołudniowej lekturze podpisów pod licznymi zdjęciami.

"Wieczorem nie zmywaj zbyt dokładnie mascary- roztarte smugi wokół oczu wyglądają sexy." Tak- a tusz z poszewki na poduszkę schodzi łatwo i bez problemu.

"Śpij na jedwabnej poduszce. jej dotyk jest bardzo zmysłowy, a ryzyko pojawienia się odgnieceń na skórze- mniejsze." Jak iść, to na całość- tusz z jedwabiu nie schodzi w ogóle, ale co tam- zawsze można kupić czarną jedwabną pościel.

"Zawsze trzymaj pod ręką bezbarwny błyszczyk (możesz go użyć nawet po ciemku)." Ciekawe, do czego. Bo ja tam chętnie bym się czegoś nowego nauczyła, ale o błyszczyku po ciemku to nie ma chyba ani w "Kamasutrze", ani w opisach urazów w podręcznikach okulistyki.

"37 % Polaków twierdzi, że łupież obniża atrakcyjność nowo poznanej osoby." Natomiast pozostałe 63 % albo nie wie, co to, albo uważają, że łupież jest sexy, trendy oraz cool.

"Nowy telefon komórkowy ma unikalne funkcje, np. listę zakupów i obliczanie kalorii." Mój trochę starszy telefon też ma takie funkcje. Nazywają się odpowiednio notatnik i kalkulator.

"Prawdziwa diwa polskiej sceny muzycznej. W 1996 miała niemodny obecnie look." Jeszcze nie widziałam osoby, która na zdjęciach sprzed 12 lat miała "look" modny obecnie ( o ile nie było to zdjęcie tłustego bobasa na zawsze modnym futrzaku ). Każdy ma się czego wstydzić ( ja na przykład- fioletowej grzywki a la pudel ).

"Gwiazdy w filmach zawsze wyglądają super!." Zwłaszcza Jack Nickolson. Albo Charlize Theron w filmie "Monster".

"Jeśli kobieta cieszy się zapachem, który ma na sobie, na pewno też poczuje się bardziej atrakcyjna." Także, jeżeli w upalny dzień zlała się obficie ciężkimi perfumami na bazie piżma, albo czymś mocno waniliowym i ludzie w miejscach publicznych uciekają od niej w popłochu.

"Nawijanie kosmyka włosów na palec? Teatralne. Lepiej pobaw się naszyjnikiem. To działa!" Zwłaszcza, jeżeli bawisz się Jego naszyjnikiem. Tutaj przypomina mi się scena z 'Deszczowej piosenki". Hollywood właśnie odkryło film dźwiękowy i gwiazdy dotychczas nieme- przemawiają. Trwa nagranie. Film wielce kostiumowy, amant i amantka, mikrofon przymocowany do jej ramienia. Oboje przemawiają czule, z pasją i po angielsku- cóż z tego, jeśli na pierwszy plan wybija się jakiś okropny, grzechoczący dźwięk, który ich zagłusza. Nagranie zostaje przerwane, a grzechotnik zidentyfikowany po krótkim śledztwie- aby byc bardziej seksowną, amantka od niechcenia bawi się naszyjnikiem z pereł.

Zatrzasnęłam czasopismo, kiedy dotarłam do reklamy tabletek na porost biustu...

środa, 6 sierpnia 2008

Wybryk nieobyczajny.

Usłyszawszy, że w Szczecinie dzielni funkcjonariusze Straży Miejskiej usiłowali wlepić dwóm młodym kobietom mandaty za nieobyczajne zachowanie się, polegające na opalaniu się bez stanika i że sprawa skończyła się w Sądzie Grodzkim (bo kobiety mandatu nie przyjęły; zapewne za bardzo im się ręce ze śmiechu trzęsły), poczułam refleksję wewnętrzną, połaczoną z potrzebą uzewnętrznienia. Stan faktyczny sprawnie i z wdziękiem opisała (i skomentowała) Magda Hartman, więc w tym zakresie pozwolę sobię ją zacytować:

"(...) Opalały się na jednym z miejskich kąpielisk. Po jakimś czasie postanowiły opalić sobie również biusty. W tym celu ściągnęły staniki. Zauważyły wtedy, że znalazły się pod obserwacją dwóch mężczyzn. Jak to się mówi w mediach świadome swej kobiecości były do takiej reakcji samców przyzwyczajone, więc się nie przejęły. Samce zbierały się na odwagę równe pół godziny, pożerając panny wzrokiem. Gdy już się napatrzyły, podeszły. I wyszła na jaw straszliwa prawda, że to policjant i miejski strażnik. Dla których widok czterech piersi naraz był zbyt bolesny, w związku z czym zażądali zakrycia tychże. Panny zakryły. Ale potem sprawę przemyślały - i odkryły ponownie. No bo co w końcu. Samce jakimś trafem przypałętały się znów - i poczuły się zlekceważone. A że miały władzę, postanowiły wypisać mandaty. Motywując to niezwykle zabawnie. Marek Grochowski, Straż Miejska: "Panie znów się rozebrały i zaczęły biegać, wywołując zgorszenie. Część ludzi odeszła, a kierownik kąpieliska poprosił nas o interwencję." Jedna z pań "zaprzecza, jakoby biegała z nagim biustem. Kierownik kąpieliska zaprzecza, by ktoś poza "szeryfami" był zgorszony. I by w ogóle prosił ich o pomoc. Wypisanych mandatów, po 150 złotych, golaski nie przyjęły. Sprawa trafiła więc do sądu grodzkiego, przed którym panie odpowiadają z art. 140 kodeksu wykroczeń. Za... nieobyczajny wybryk."

Magda Hartman komentuje: "nieobyczajnym wybrykiem jest raczej półgodzinne ślinienie się do gołych cycków, a następnie końskie zaloty "na mandat". Po odrzuceniu tychże przedstawiane jako obrona moralności publicznej." Kiwając głową, że mało mi nie odpadnie, myślę już o wpisie na temat końskich zalotów jako zjawiska w ogóle. Bo nie zna życia, kto ( a właściwie która) nie doświadczyła chociaż raz terkotu karabinu maszynowego dowcipu "Ee! Mała! Coś Ci upadło...". Połączonego konopnym sznurkiem w jedno z głębokim jak filmy z Chuckiem Norrisem przekonaniem wesołka, że właśnie okazał się godnym wyrwania Angeliny Jolie (i to z objęć Brada Pitta).

A ja dodam jeszcze jedną obserwację. Otóż coraz częściej w miejscach publicznych spotyka się matki karmiące. Dzieci. Piersią. Na ławkach w parkach, w pociągach, na koncertach, w restauracjach błysnąć nam może znienacka biust (no dobrze- półbiust) matki karmiącej. I nigdy w życiu nie słyszałam, żeby straż miejska, policja, albo obie te służby na raz podeszły do takiej karmicielki i zwróciły jej uwagę na dokonywanie nieobyczajnego wybryku, "bo, proszę pani, tu ludzie jedzą/są z dziećmi/ chca w spokoju posłuchać Bacha." A dlaczego? Czym się różni pierś karmiąca od piersi opalanej (oprócz, czasami, tak zwanego gabarytu)? Bo, zasłonięta stanikiem lub niemowlęciem, staje się nagle obyczajna ( a w wypadku parawanu z głodnego dziecięcia- Obyczajna i Święta)?