czwartek, 20 maja 2010

Ośla grypa.

"Kto popiera zapłodnienie in vitro, nie może przystępować do komunii świętej - ogłosiła Rada Episkopatu ds. Rodziny."
....
Zaapelowałabym do inteligencji panów biskupów ale musiałabym mieć wewnętrzne przekonanie, że na zebraniu takiej Rady statystyki inteligencji uczestników przebijają 1. Zaapelowałabym do poczucia przyzwoitości- ale ono ciągle nie może podnieść obolałego siedzenia z pierwszej ławki w Bazylice Mariackiej, gdzie na pogrzebie pana prezydenta RP, w świetle fleszy, siedziało wciśnięte między wiązankę a arcybiskupa Petza, znanego Przyjaciela Dzieci. Zaapelowałabym do sumień- ale uroki tegorocznego maja mi wystarczą, nie zniosę więcej rozczarowań.
Pozostaje mi zatem zaapelować do (zdaje się- coraz już mniej licznej) grupy wiernych, którzy nadal myślą samodzielnie. Ludzie! Niechże ktoś sprawdzi, co organiści napchali do kadzielnic, bo może jak się te ziółka podpala i nimi kopci, to stojącemu przy ołtarzu księdzu (jak się zaciągnie) pogarsza się od tego stan zdrowia? Albo poprzegląda te ichnie książki- co, jeśli tam ktoś dla żartu litery poprzestawiał (najpewniej- całymi zdaniami) i stąd powszechne oderwanie kazań od Słowa Bożego? Albo może to wino mszalne jakieś zapleśniałe (a spożywana systematycznie pleśń, jak powszechnie wiadomo, może wywoływać omamy i halucynacje)?

Bo przecież jak inaczej wytłumaczyć fenomen funkcjonowania w nowoczesnym, świeckim (pisze w Konstytucji) państwie w środku Europy tak kompletnie odklejonej od rzeczywistości, tak konsekwentnie ślepej i głuchej na otaczający świat, jego potrzeby i wymogi grupy społecznej? Jak inaczej, jeśli nie jakąś wysoce zaraźliwą przypadłością psychosomatyczną? Która, nie diagnozowana na czas i nie leczona penicyliną, pozostawia u ozdrowieńców ślady w psychice, mizoginizm i trwałą odporność na zdrowy rozsądek?

środa, 19 maja 2010

Niepotrzebne skreślić.

Żałoba, wybory, powódź- i tak człowiek zapomina o rzeczach istotnych. A 19 kwietnia minęło 22 lata, od kiedy odszedł Jonasz Kofta. Jak umarł? Na zakrztuszenie się przy posiłku (jak mamę kocham!). Po tym, jak pokonał chorobę nowotworową.

Był autorem tekstów wielu piosenek, mnóstwa felietonów, skeczy (pamiętacie "Fachowców" w 'Powtórce z rozrywki"?). Oraz wierszy. W tym także i tego:

Straciłem wczoraj zęby mleczne


Wyciera się dziecięcy urok


Nic na tym świecie nie jest wieczne


Wieczne jest tylko wieczne pióro


Nie doceniałem jego funkcji


Aż tu ankietę mi przynieśli


Tuż przy nagłówku są w instrukcji


Dwa słowa: Niepotrzebne skreślić


Mam pochodzenie? Takie sobie


Niestety nie ma w rodzinie cieśli


Chociaż mi żal go, to co ja zrobię


Że tego cieślę muszę skreślić


Czy reaguję? Reaguję


Czym? No... jak by tu określić


Sercem. Bo tym najgłębiej czuję


A reszta? Niepotrzebna. Skreślić


Skreślać, nie skreślać. Co w tym siedzi?


Pióro jest wieczne, wieczny dramat


Trudno udzielić odpowiedzi


W rozsądnych określonych ramach


Może nie skreślać? - Wewnętrzna rysa


Wagi ankiety nie umniejsza


Może z lenistwa wolę pisać


Sztuka skreślania jest trudniejsza


Jakie są pana przekonania?


Jakie rodzice pana mieli?


Czy pan przeżywał załamania


Światopoglądów i idei?


Trudno w pytaniach oderwanych


Zawrzeć tak podstawowe treści


Mój światopogląd, proszę pana


Pan lepiej zna. Pan za mnie skreśli.

sobota, 1 maja 2010

Żałoba- i po żałobie.

Im więcej czasu dzieli nas od tej okropnej soboty 10 kwietnia, kiedy wszyscy- także i ja- dosłownie zastygliśmy w miejscu z niedowierzania, tym bardziej zadowolona jestem, że Czas Wielkiej Smuty wypadło mi spędzić poza Polską. Odcięci od ociekającej nekrologami prasy i snujących się w rytm marszy żałobnych radia i telewizji, otrzymywaliśmy jedynie najistotniejsze informacje z kraju. Oczywiście najistotniejsze z naszego punktu widzenia- to znaczy kiedy pogrzeb, bo skoro wyjechaliśmy, to jakoś musimy wrócić.

No i śmy się dowiedzieli- że w niedzielę ( a to dobrze, bo granicę przekraczamy w sobotę), w Stołecznym Królewskim Mieście. Krakowie.

GDZIE?!

"No czy oni powariowali!"- zdenerwowała się nad sałatką ze szparagów Kamila. "Przecież ta ich córka na 1 listopada będzie musiała na grób rodziców pół Polski przejechać!".

No właśnie. Czy ktoś w tym wszystkim w ogóle pomyślał, że państwo Kaczyńscy byli także osobami prywatnymi? Czyjąś Marylką, czyimś Leszkiem, czyimś dziadziusiem, mamą? Ktoś powie, że zginęli akurat pełniąc funkcje publiczne. Owszem. Ale czy przez to stali się wyłącznie symbolami... przepraszam- Symbolami? Takimi symbolami z gatunku "koniecznie unieśmiertelnić"? Czy ten naród kiedykolwiek nauczy się odrywać symbol od osoby?

Myślę, że pytanie jest i pozostanie retoryczne. Wystarczy posłuchać wypowiedzi o Wojciechu Jaruzelskim. Aleksandrze Kwaśniewskim. Albo, kiedy żył, o Lechu Kaczyńskim. Żadnego zrozumienia dla prawdy podstawowej- że czym innym jest osoba, a zupełnie czym innym zajmowany przez nią urząd. I to najwyższy urząd w państwie, przez co obywatel jest temu urzędowi winny szacunek. Głosowałaś na kogo innego? Trudno, większość wybrała. Więc możesz krytykować czyny- ale nigdy obrażać osobę. Nie głosowałeś wcale? Zatem siedź cicho, bo niniejszym sam odebrałeś sobie prawo do jakiejkolwiek krytyki.

Myślę także, że na przyszłość wartałoby wprowadzić prostą zasadę- w momencie zajmowania ważnej funkcji w państwie (prezydent, premier, marszałek, dowódca sił powietrznych, szef NBP itd) osoba obejmująca obowiązkowo spisuje testament. W formie aktu notarialnego, bo to gwarantuje i jego autentyczność i poczytalność autora w momencie sporządzania. I w tym testamencie określa poza wszystkim gdzie, w razie śmierci w czasie pełnienia funkcji, ma zostać pochowana. Jeśli jest to osoba żonata/zamężna- współmałżonek składa oświadczenie, czy chce być pochowany w tym samym, czy w zgoła innym miejscu. Jeśli taka osoba ginie- notariusz otwiera testament, ogłasza ostatnią wolę w zakresie pochówku. I tyle. Rodzina nie ma nic do gadania. Politycy/opinia publiczna/kler także. Koniec, kropka. Można zacząć kłócić się o zupełnie co innego.

Na przykład o to kto (i na czyje zlecenie) rozpylał nad Smoleńskiem mgłę. Co się stało z tymi wszystkimi służbowymi laptopami, najeżonych ściśle tajnymi danymi. Oraz które rondo ma nosić imię której ofiary.

czwartek, 1 kwietnia 2010

W Imię Boże.

Kościół katolicki to instytucja, która raz za razem podsuwa- ba, wpycha mi wręcz- w klawiaturę tematy do opisania z rodzaju "ja nic nie chcę mówić- ale milczeć też nie będę". Ja naprawdę mam ciekawsze rzeczy do opisywania, niż przytrafiające się kobietom (według niektórych katolickich myślicieli) cykliczne obrzęki mózgu i lamenty prymasa Terlikowskiego, że prasa uczepiła się biednego kościoła i uporczywie opisuje pedofilię wśród księży w Irlandii. Co najmniej dwie recenzje filmowe czekają na napisanie. Ale nie!- co wycieczka do kościoła, to trafiony- zatopiony. Świadectwo, dane prawdzie, miłosierdziu oraz miłości bliźniego.

Tym razem rzecz dotyczy Wielkotygodniowo- Wielkopostnej Misji Ojców Misjonarzy w jednym z kościołów miasta wojewódzkiego. Oraz zachwalanego przez człowieka mądrego i zacnego, księdza Bonieckiego, sakramentu pokuty. Który to sakrament, jako swoista forma psychoterapii, służy pomocą wierzącym i niewierzącym, zwłaszcza w aspekcie rachunku sumienia (ale narobiłam/narobiłem), żalu za grzechy (ale się z tego teraz narobiło), oraz postanowienia poprawy (tak się dalej nie da robić). No więc tak:

Najpierw jest personalnie i na temat. Jestem złym człowiekiem oraz jeszcze gorszą kobietą. Bo to kobieta jest odpowiedzialna za Ognisko Domowe. Za Atmosferę. Za Dobre Wychowanie Dzieci. Tego się w sumie spodziewam, bo nie mam złudzeń co do zdania kleru na temat miejsca kobiet w odwiecznym porządku świata. Oraz, że to Ewa nakarmiła jabłkiem Adama, a nie odwrotnie- więc na tę swoistą (oraz swojską) mieszankę wyższości i obrzydzenia jestem przygotowana.

Nic natomiast nie przygotowało mnie na Misji ciąg dalszy. "Co będzie, jak będziesz starsza?"- pyta dramatycznie Ojciec Misjonarz. "Przychodzą do mnie kobiety przegrane. Na przykład ta sześćdziesięciolatka."- ze zgrozą zdaję sobie sprawę, że będzie o treści spowiedzi kobiety, która spowiadała się tuż przede mną. "Przychodzi do mnie i płacze! Że mąż u sąsiadki, córka żyje z rozwodnikiem, a syn w domu siedzi, bezrobotny, pije i ją bije. I wiesz, co jej powiedziałem? Powiedziałem jej- DOBRZE CI TAK!."

Milczę- bo mnie zwyczajnie, przy Wielkim Czwartku, zatkało.

"Dobrze Ci tak!"- relacjonuje dalej Ojciec Misjonarz "Bo nie umiałaś dzieci wychować! To niech Cię teraz biją!"

Abstrahując od feministycznej wymowy tej wypowiedzi oraz przesłania anty alkoholizmowi i anty przemocy domowej- pochylmy się przez chwilę nad jej głębokim, z miłosierdzia bożego płynącym humanizmem. Więc przychodzi do księdza bliźni z ogromnym problemem, poczuciem przegranej w życiu, żalem, może depresją. Szuka kogoś, kto go życzliwie wysłucha, pożałuje, może nawet poradzi, da nadzieję. A co znajduje? Utwierdzenie we własnej (często zresztą urojonej) winie.

Gdybym ja zrobiła komuś coś takiego, w tygodniu wielkim czy zwykłym, wyrzuty grzesznego sumienia nie dałyby mi spać w nocy. Gdyby zrobił to psychoterapeuta- odebrano by lub zawieszono mu licencję i wszczęto wobec niego postępowanie dyscyplinarne, a może nawet karne. A tymczasem ten mały człowiek, całkowicie pozbawiony empatii nie dość, że najwyraźniej może sobie spokojnie patrzeć w lustrze w oczy, to siedzi w konfesjonale i w Imię Boże wpędza jakąś biedną kobietę w jeszcze większe poczucie żalu i przegranej życiowej.

A potem się z podobnymi sobie dziwi, że kościoły zaczynają świecić pustkami, a rozmaite masony, aborcjoniści, pedały i feministki wypisują o nim plugawe i bezbożne rzeczy. Na przykład na blogu.

czwartek, 25 marca 2010

Pani Kasi pamięci rapsod żałobny.

Właściwie to powinnam pisać przez "Pani Redaktor"; jaka tam dla mnie pani Kasia, skoro się nie znamy osobiście (bo przecież ani jednorazowe siedzenie przy stoliku obok w Cafe Camelot ani posiadanie wspólnego miasta rodzinnego się nie liczy). A jednak. Przez ostatnie kilka lat towarzyszyła moim czwartkowym porankom, opowiadając o polityce (jak to w radiu, było nie było, informacyjnym), ale także (a dla mnie- przede wszystkim) o kulturze. Co wchodzi do kin. Co warto przeczytać. Kto co kiedy podpisuje na Targach Książki. Czy można będzie kupić wejściówki do Teatru Wielkiego (bo przecież tam na schodach też się fajnie siedzi). "Różyczka" na przykład jej się podobała, "Autor Widmo"- jeszcze bardziej. Rozmowy z sekretarzem Szymborskiej i z tłumaczem "Fistaszków" zapamiętam na długo.

Jak kiedyś powiedział Pan Marek Niedźwiedzki (który razem z panami Piotrem Kaczkowskim i świętej pamięci Tomkiem Beksińskim wychowywali mnie i całe moje pokolenie do słuchania Prawdziwej Muzyki), radio to jest urządzenie magiczne. Ponieważ towarzyszy słuchaczowi wyłącznie głos prowadzącego audycję, bez nachalnego wpraszania się do domu obrazu ze studia, jest to medium intymne, tworzące z słuchaczami więź prawie przyjacielską- jakby znajomy wpadł do nas z wizytą, siadł przy stole w kuchni i kiedy parzymy mu kawę, opowiadał o polityce, muzyce, książkach... Przez te kilka lat radiowych Poranków parzę kawę trochę dla siebie, a trochę dla Pani Janiny Paradowskiej, dla Pana Jacka Żakowskiego i właśnie dla Pani Kasi Kolendy-Zaleskiej.

No i dzisiaj- grom z jasnego nieba. Na koniec radiowego Poranka Pani Kasia mówi: "Porozmawiacie sobie o tym w przyszłym tygodniu, ale to już beze mnie..." ("Czyli urlop"- myślę sobie) "...bo z przyczyn ode mnie niezależnych po siedmiu latach kończę współpracę z radiem Tok Fm."

...

ŻE JAK??

Najeżonym wykrzyknikami smsem alarmuję Jednostkę Mocno Zaprzyjaźnioną oraz Zagorzałego Słuchacza. Dlaczego, no DLACZEGO, nasza ulubiona naczelna zwolniła Panią Kasię? "Z przyczyn ode mnie niezależnych", czyli odejść nie chciała. Ale... dlaczego??

Koło południa radio tu i tam wyjaśnia, że przyczyny były niezależne także i od radia i że jemu, radiu, także jest przykro i żal. No tak... Ale to nam Pani Kasi w czwartkowy poranek nie zwróci.

No i co teraz? Kto ją zastąpi? Mam cichą nadzieję, że nie redaktor Janke. Wtedy we wtorki będzie o wrażej Moskwie, a we czwartki- o micie globalnego ocieplenia ( w które pan redaktor nie uwierzył). A wszystko to przeplatane gawędami o IPNie. I tak dwa razy w tygodniu, aż nie porośniemy dżunglą (albo nie nasunie się na nas lodowiec- to na wypadek, gdyby redaktor Janke jakimś cudem jednak miał rację- ja tam przyjmuję obecność innych poglądów, nauczyłam się od autorów pozostałych Poranków).

czwartek, 18 lutego 2010

Idzie stare!

Stare wraca do kościoła. Nie, nie chodzi mi o powrót papieża z Castel Gandalfo (celowa literówka!) do Watykanu. Ani o co tygodniową pielgrzymkę babć na mszę. Idzie otóż o mszę.

Zacznijmy od z życia wziętej anegdoty. Otóż mój ojciec jakoś tak zaraz po własnym ślubie zaprzestał chodzić do kościoła (nie, żeby wcześniej bywał tam specjalnie często- od śmierci ojca, mojego dziadka, tato miał z Panem Bogiem raczej na pieńku niż po drodze). Po czym udał się tamże na pogrzeb babci, swojej matki. Dzieliło te wydarzenia dobrze ponad 20 lat. Wrócił zbulwersowany. I spytał: "Od kiedy to msze na polski tłumaczą?". Tak mu się nie spodobało, że aż od nowa zarzucił chodzenie.

A teraz dobra nowina- wraca stare! Msza, a przynajmniej jej znaczne fragmenty, znowu mają być po łacinie. Posoborowa liturgia Mszy świętej jest według Benedykta XVI zainfekowana. W Stolicy Apostolskiej trwają prace nad "planem ratunkowym" – daleko idącymi zmianami w znanej nam liturgii. "Infekcja miała się wkraść do odnowionej liturgii (tzw. liturgii Pawła VI, wprowadzonej w 1970 r.), i to nie tylko dlatego, że w praktyce zawodzi realizacja jej zasad, ale przede wszystkim dlatego, że nie we wszystkim jest ona wierna Soborowi. A jeśli niedomaga liturgia, to niedomaga Kościół. (...) Niedomagania liturgii polegają na tym, że w niektórych punktach odcięła się ona – niezgodnie z intencją Vaticanum II – od liturgii przedsoborowej, gubiąc ducha świętych celebracji. W życiu Kościoła istotna jest ciągłość między „starym” a „nowym” ". A najlepiej schować głowę w piasek i udawać, że zmian nie ma. Albo przynajmniej, że NAS nie dotyczą.

"Dzisiaj najważniejsze jest, abyśmy znów poczuli szacunek dla liturgii, którą nikt nie ma prawa manipulować (...). Abyśmy w liturgii nie szukali naszej samorealizacji." No tak- samorealizacja w modlitwie? Absolutnie nie do pomyślenia! A na czym ma polegać ta korekta? Przede wszystkim na trzech elementach.

Po pierwsze- kapłan ma odprawiać mszę nie zwrócony twarzą do wiernych, a ku wschodowi, ku Chrystusowi. No ewentualnie ku reprezentującemu Chrystusa krzyżowi, umieszczonemu na ołtarzu- ale w centralnym jego punkcie. Kapłan tyłem do wiernych? No- to przynajmniej lepiej oddaje szacunek, jakim większość pasterzy obdarza wypasane przez się owieczki. Inna rzecz, że wystarczy przejść się na sumę w mniejszym miasteczku- poniekąd jacy wierni, taki szacunek.

Po drugie- adoracja. "Uczestnictwo w liturgii powinno prowadzić do adoracji, czyli uznania nieskończoności Boga, Jego nieogarnionego majestatu, bezgranicznej miłości i wszechmocy, ostatecznie pojednania z Nim człowieka i stworzenia. Liturgicznej adoracji winny służyć – poprzez swoje piękno i szlachetność (!) – muzyka, śpiew, chwile milczenia, sposób głoszenia Słowa Bożego i modlitwy, gesty, szaty i naczynia, inne przedmioty i cały budynek." Czyli zlikwidują kazania? Nareszcie! Ale też wierni będą przyjmować komunię wyłącznie na kolanach- słońce czy deszcz, stary czy młody. No tak- pokora wobec majestatu, przede wszystkim pokora. A że Jezus łamał się z apostołami chlebem, a w Wieczerniku siedział z nimi na jednym poziomie i nikt przed nikim nie klękał ( a sakrament Komunii Świętej ustanowiony został na pamiątkę Ostatniej Wieczerzy)? No ale to było dawno. A poza tym Jezus był młody. I był cudzoziemcem.

Po trzecie- łacina. "Czynny udział nie musi utożsamiać się z natychmiastową zrozumiałością świętych słów (...) W świętej ceremonii chodzi o zanurzenie się w niezgłębione Boże misterium, w tym zaś pomocne jest to, co przemawia nie tyle do rozumu, ile do serca. Zbyt często zapominamy, podkreśla, że do liturgii należy zarówno dialog, jak i milczenie, wspólnotowy śpiew i muzyka, obrazy, symbole, gesty. Także język łaciński. (...) Wierni nie muszą rozumieć wszystkich treści." No nie muszą- fakt. W końcu to wierny jest dla kościoła, a nie kościół dla wiernego. A ksiądz ma od tego święty etat, żeby nie rozumiejącym wytłumaczyć z łaciny i naprostować ścieżki. Ostatecznie, jak napisał Czesław Miłosz: "To nic, że czasem nie wie, czemu służyć- nie ten najlepiej służy, kto rozumie."

Wszystkie cytaty (kursywą) pochodzą z artykułu Józefa Majewskiego "Stara nowa Msza" z 2.02.2010 r., zamieszczonego w internetowym wydaniu "Tygodnika Powszechnego"- link tutaj http://tygodnik.onet.pl/32,0,40809,4,artykul.html

poniedziałek, 28 grudnia 2009

Avatar.

Obawiam się, że nie wykazałam przejawów nadzwyczajnej oryginalności, idąc do kina na "Avatara". Zupełnie jak wszyscy Ci, którzy na tydzień naprzód wykupili bilety do Imaxa na seans 3D Dolby Surround. Każdy chciał zobaczyć, co nowego ma nam do zaproponowania James Cameron. Czy srebrny ekran wciąż jeszcze kryje w sobie magię dla nas, którzy w kinie widzieliśmy już chyba wszystko.

Otóż- kryje! Dzięki Cameronowi i kamerom 3D na dwie godziny czterdzieści minut zanurzamy się (i w przenośni i dosłownie) w obcy, egzotyczny świat. Najpiękniejszy nocą, kiedy ze wszechogarniającego błękitu wynurzają się lśniące delikatną poświatą kształty roślin (analogia z niesamowitymi krajobrazami, rozpościerającymi się przed oczyma nurka jest aż nazbyt oczywista). Niczym dla pogrążonego w niby- śnie, unieruchomionego na wózku inwalidzkim głównego bohatera znowu możliwe jest wszystko- bezpieczny upadek z nieba na ziemię, lot na oswojonym gadzie i bieg na bosaka po opadłych liściach. Na dwie godziny czterdzieści minut znowu możemy mieć dwanaście lat i z wypiekami na twarzy chłonąć piękno niesamowitego świata. Tyle, że tym razem, dzięki technice 3D ten świat jest na wyciągnięcie ręki.

Technika 3D, która do tej pory próbowała nas zaskoczyć lotem z duchami nad kominami zaśnieżonego Londynu ("Opowieść wigilijna") albo wydłubać oko wysuwającą się z ekranu, wielgachną igłą ("Koralina") tym razem nie stara się ani zaskoczyć, ani zaszokować. Tym razem jej jedyną funkcją jest skrócenie dystansu między ekranem a fotelem widza, a przez to- wciągnięcie widza w świat Pandory, zamieszkiwany trzymetrowe, niebieskie plemię Na'vi. I w tym też tkwi magia tego filmu, jego piękno i urok.

W warstwie fabularnej film nie ma do zaoferowania absolutnie nic ciekawego czy oryginalnego. Walka zmilitaryzowanych ziemian z noszącymi przepaski biodrowe i uzbrojonymi w łuki tubylcami o surowce planety jest opowiedziana płasko i sztampowo. Tak zwany wątek miłosny w filmie miłościwie przemilczę. Jego pseudo ekologiczny, podszyty filozofią wicca przekaz new age- także.

Jedyna, za to wielka siła tego filmu tkwi tylko i wyłącznie w jego warstwie wizualnej (ścieżka dźwiękowa jest, niestety, amatorską kompilacją "Adiemus" i muzyki z trailerów "Zmierzchu" i "Janosika"- chóry, bębny, piszczałki, wokal egzaltowanego sopranu). Jeżeli jesteśmy w stanie skupić się wyłącznie na przekazie ekran-oko- po dwóch godzinach czterdziestu minutach wyjdzie z kina zachwycony trzynastolatek, którego każdy z nas gdzieś tam w sobie nosi- jedni głęboko, drudzy tuz pod skórą.

Oczywiście, można w czasie seansu (albo po nim) zadawać rozmaite pytania. Jaki sens ma strzelanie z łuków do śmigłowców? Jakim cudem latające gady (oraz ich piloci) są w stanie utrzymać się w prądzie powietrza wokół śmigieł? Dlaczego pokojowy, pro ekologiczny naród Na'vi ma w każdym plemieniu grupę wojowników? Czemu Na'vi wyglądają jak trzymetrowe skrzyżowanie elfa ze smerfem? I po jaką cholerę im ogony, skoro nie dla utrzymywania równowagi/łapania rzeczy?

Można- ale po co? Czy kto kiedy pytał Gandalfa, jak dokładnie stał się Białym Czarodziejem? Albo Czarnoksiężnika Geda, czemu na pomoc wiosce przywołał akurat mgłę?

niedziela, 27 grudnia 2009

Słońce pokonał Cień.

Świąteczny, wczesny poranek. Tak wczesny że nieomal nie mam pewności, czy to jeszcze Wigilia, czy już Boże Narodzenie. Mkniemy z Jednostką Zakontraktowaną pustą autostradą płatną ku miastu wojewódzkiemu, w jednym ze szpitali którego zalega moja babcia ze złamanym biodrem. Wokół nas krajobraz jak z pocztówki z życzeniami Wesołych Świąt- deszcz, dwanaście stopni powyżej zera i kilometry pustego asfaltu.

"Już widać ten klasztor, o którym mówiła Jagoda."

"Tak- rzeczywiście, muszę sprawdzić, jak tam jest z wizytami i możnaby ra..."- urywam raptownie, wlepiając wytrzeszczone oczy w pobocze, które w tym miejscu przebiega nad autostradą. A tam, za siatką, w deszczu, chodzi w kółko facet w kapeluszu. Oraz z harmonią. I wygrywa na tej harmonii, wyśpiewując ile sił w płucach, z radosnym uśmiechem na obliczu. Z perspektywy pędzącego sto czterdzieści na godzinę samochodu nie słychać, co gra i śpiewa ów boży człowiek. Ale że to czas po temu i pora, zapewne głosi światu wesołą nowinę, że w pewnej stajni znowu, jak co rok, urodził się Panu Bogu i Dziewicy Marii zdrowy chłopiec.

Kilka godzin później, już ze zdecydowanie mniejszą szybkością, turlikamy się przez pustawe miasto wojewódzkie ku obskurnemu szpitalowi. "Wy wiecie co?" - opowiada z tylnego siedzenia tato. "Wczoraj po południu zachodzę do babci i z daleka słyszę kolędę. Myślę- radio albo telewizor, tylko czemu tak fałszywie- i idę dalej. Wchodzę na salę, a wszystkie te staruszki śpiewają, ile sił w płucach, że przybieżeli do Betlejem pasterze. Mówię "dobry wieczór" a one nic- nawet okiem nie mrugną, tylko śpiewają, jak tam każda może. Skończyły i dawaj, że dzisiaj w Betlejem wesoła nowina! No to co miałem zrobić- rozpiąłem kurtkę i zaśpiewałem z nimi, w końcu to Wigilia!"

W końcu to Wigilia. Jul. Saturnalia. Dla niektórych- w nędznej stajni gdzieś hen, na innym kontynencie, narodził się boży syn, Mesjasz, który za trzydzieści trzy lata przypieczętuje własną krwią Nowe Przymierze ludzi z odmienionym, miłosiernym i wybaczającym Bogiem. Dla wszystkich- także harmonisty przy autostradzie i śpiewających kolędy babć w szpitalnej sali- po raz kolejny narodziła się Nadzieja. Że wrócą ptaki. Że zakwitną jabłonie. Że wygrzejemy w cieple lata pobladłe, skostniałe twarze. Że Słońce znowu, jak co roku, pokonał Cień.

piątek, 4 grudnia 2009

Z miejskich ulic polskich.



No nie czynny. Salon. Redekorejszyn trwa.


poniedziałek, 30 listopada 2009

"To to horror jest?"

Nie rozumiem fenomenu książek Stephenie Meyer. Bo jakbym rozumiała, wzięłabym rok urlopu bezpłatnego, siadłabym przed komputerem i sama napisała ze dwa tomy opowieści o miłości Przeciętnej- A- Jednak- Absolutnie- Nieprzeciętnej Izabeli Łabądź i studziewięcioletniego szlachetnego wampira- wegetarianina o aparycji dwudziestotrzyletniego Roberta Pattinsona twierdzącego, że od pewnego czasu ma lat siedemnaście. Zrobiłabym się od tego sławna i bogata i przy odrobinie szczęścia nie musiałabym farbować włosów na kasztanowo ani opowiadać że na początku, niczym u Martina Luthera Kinga, „był sen”. W tym konkretnym wypadku- sen o brokatowym młodzieńcu, sunącym ku przyszłej autorce bestsellerów po umajonej łące. Nie rozumiem tym bardziej, że zanim świat usłyszał o Cullenach (pierwsza publikacja „Zmierzchu” miała miejsce w 2005 r.), nagrodę Anthony Awards dostała Charlaine Harris za „Dead Until Dark”, pierwszą książkę o przygodach Sookie Stackhouse, zakochanej po uszy w Ach- Jak- Przystojnym wampirze kelnerce z głębokiego południa Stanów Zjednoczonych. Która na dodatek, niczym boski Edward C., potrafi słyszeć cudze myśli. Ale ja dziś nie o tym.

Skoro popularna, seria książek natychmiast zaczęła być przerabiana na serię filmów bo obecnie ludzie, zamiast sylabizować z tydzień trzysta stron powieści i wyobrażać sobie, jak wyglądają główni bohaterowie wolą, jak się im streści i pokaże gotowe.

Przerabiano, jak logika przykazuje, po kolei. Najpierw tom pierwszy, potem drugi. A zatem- rok temu o tej porze świat zobaczył, jak panna Swan zakochuje się ze wzajemnością w paniczu Cullenie i omal nie przypłaca tego wyssaniem do sucha przez wampira Jamesa. W tym roku natomiast- jak Edward nieprzekonująco kłamie, że już Isabell nie pragnie, dla jej własnego dobra porzuca ja na pastwę przystojnych wilkołaków, po czym próbuje popełnić samobójstwo w malowniczym, włoskim miasteczku.

Pierwszy film był... pozytywnym zaskoczeniem. Żadne arcydzieło- ot, sprawnie zrealizowany film dla nastolatek o miłości niemożliwej, a jednak możliwej. Niosący w dodatku przekaz pozytywny uniwersalnie- Bella, dziewczyna znikąd, nie wyróżniająca się niczym szczególnym ( a przynajmniej nie w tym tomie, proszę Państwa), taka „every girl” zdobywa serce niezdobytego dotychczas ideału, najpiękniejszego i najniezwyklejszego chłopaka w szkole. Jednym słowem- każda nastolatka ma szansę spotkać swojego Edwarda. Chociaż dla większości będzie wyglądał i zachowywał się co najwyżej jak Mike Newell, kolega Belli ze szkoły. Sukces filmu leżał właśnie w tej sprawnej realizacji. W opowiedzeniu prostej „love story” nastolatków w taki sposób że, jak trafnie zauważa „The Washington Times” stanowi ta opowieść wehikuł czasu, przenoszący nas w lata, kiedy świat mógł się skończyć wyłącznie z powodu przypadkowego (lub nie!) dotyku dłoni kolegi z ławki, wszystko było takie podniecające i przerażające zarazem, było... no po prostu było bardziej. Love story ilustrowanej dobrą, rockową ścieżką dźwiękową i świetnymi zdjęciami Forks- miasteczka, w którym większość czasu pada deszcz, a w otaczających je lasach dobre wampiry polują na zwierzęta, złe- na ludzi, a Edward Cullen wyznaje Isabeli Swan, że czekał na nią całe życie i że będzie ją zawsze kochał.

Ekranizacja drugiej części jest po prostu, zwyczajnie nudna. Zamiast dobrej muzyki w tle- ścieżka dźwiękowa jak z „Listy Schindlera”. Sposobem reżysera na wlokącą się niemiłosiernie fabułę jest zdejmowanie przez męską obsadę filmu podkoszulków i błyskanie w kamerę świeżo woskowanym torsem. Ładne zdjęcia? Tak- ale przepiękne ujęcie Sama, skaczącego z klifu do morza i rozświetlone słońcem, włoskie miasteczko Voltura w czasie święta świętego Marka to za mało. O wiele za mało, żeby przez dwie godziny uchronić znudzonego widza przed ziewaniem. Niewykluczone zresztą, że z rozpaczy rzeczony widz chwyta się kurczowo tych dwóch ujęć żeby nie być zmuszonym przyznać, że tak całkiem i do szczętu zmarnował dwie godziny. Zaś urok prostej „love story” z części pierwszej serii pryska wraz z pojawieniem się na ekranie Roberta Pattinsona. Nie wiem kto mu powiedział, że Prawdziwa Miłość to Cierpienie- ale temu komuś najwyraźniej uwierzył. I odgrywa to cierpienie najlepiej, jak potrafi- to znaczy przy pomocy dwóch, nie bardzo się od siebie różniących wyrazów twarzy i kurczowo zaciśniętych szczęk. Mogłabym przysiąc, że kiedy wreszcie, z tym samym szczękościskiem, znika widzowi z oczu wraz z kilogramem maskującego mimikę białego pudru i ubarwionymi burakiem ustami, w kinie daje się słyszeć zbiorowe westchnienie ulgi. Pojawienie się na ekranie rubinowookiego wampira Laurenta jakiś pan na widowni skwitował zdumionym pytaniem „To to horror jest?” Otóż nie, nawet nie to! Ani śmieszno, ani straszno, ani romantycznie. Jedyne, co dobrego spotyka w filmie i udręczonego widza i zapuchniętą od płaczu po porzuceniu przez Księcia z Bajki o Drakuli heroinę to siedemnastoletni wilkołak Jackob i krąg jego nowych, wilkołaczych kumpli. Przez chwilę filmowa opowieść staje się jakby bardziej do zniesienia a widz ma prawie nadzieję, że półprzeźroczysty w tej odsłonie sagi Edward Cullen nie wróci straszyć ekipy filmu i znudzonej widowni.

Reżyser filmu, Chris Weitz w jednym z licznych wywiadów powiedział, że zdaje sobie sprawę z miażdżącej krytyki, którą film już zebrał. Jednak on, reżyser, nie zrobił tego filmu dla krytyków, o nie! On go zrobił dla FANÓW. Które to stwierdzenie każe się natychmiast zastanowić, jak nisko można cenić fanów... Oraz przypomnieć, że na przykład „Lord of the Rings” też był zrobiony dla fanów. A nie dla wyniku box office.