środa, 30 marca 2011

Książki jak kałuże.


Przyznaję się bez bicia- czasami czytuję tak zwany szit. Dobrze napisany-ale jednak szit. Z gatunku takich, co to mu się oprawia okładki w gazetę i udaje, że to Faulkner. Albo Joyce. No chyba, że jest się Niną Andrycz, która podczas udzielanego wywiadu przyznała się zaskoczonej dziennikarce, ze czytuje harlequiny "bo w moim wieku, proszę Pani, można już niczego nie udawać". 
No więc czytam, jedno tłuste tomiszcze za drugim, zaniedbując pracę, zarywając noce, podsiadając staruszki po tramwajach (na siedząco w tramwaju czyta się jednak o niebo lepiej) i zawyżając statystki czytelnicze chyba całej dzielnicy (to są naprawdę grube książki). Bo czytanie bywa niebezpieczne. Nawet- a może zwłaszcza- jeśli czytamy szit. Który zaczyna się na przykład tak:
"Kiedy byłam mała, nie bawiło mnie włażenie w kałuże. Nie bałam się utopionych robaków ani zamoczenia skarpet; ogólnie rzecz biorąc, należałam do dzieci wiecznie upapranych, których radości życia nie mącił żaden brud.
Przyczyną niechęci do chlapania się w kałużach było niezbite przekonanie, że pod idealnie gładką taflą kryje się coś więcej niż tylko woda. Święcie wierzyłam, że każda kałuża wiedzie do tajemniczej, niezgłębionej przestrzeni. Gdy obserwowałam drobniutkie zmarszczki na wodzie, wywołane moim zbliżeniem się, wyobrażałam sobie kałużę jako coś niewiarygodnie głębokiego. Myślałam, że w bezdennej otchłani cichych głębin kryje się potwór, którego zwinięte, okryte błyszczącą łuską, ogromne cielsko i ostre zęby stanowią nie lada zagrożenie.
Kiedy jednak widziałam odbicie własnej okrągłej, okolonej lokami twarzy na tle błękitnej kopuły, przychodziło mi do głowy, że kałuża jest wejściem do jakiegoś innego nieba. Jeden nieopatrzny krok, a wpadłabym tam i leciała coraz dalej i dalej w niebieskiej przestrzeni. (...)
Jeszcze dzisiaj, po latach, gdy trafiam na kałużę, w myślach przed nią przystaję - chociaż nogi nie zwalniają tempa - po czym przyspieszam kroku, aby czym prędzej uciec od echa dawnych wspomnień.
No, bo gdybym tak wpadła..."

czwartek, 10 marca 2011

Poczerniała Zielona Wyspa.

A miało być tak pięknie.

Mieliśmy sobie my, Zielona Wyspa, co się jej kryzysy nie imają, dryfować po morzach i oceanach światowego kryzysu i śmiać się w głos zsuwającym się po równi pochyłej unijnym potentatom finansowym. A tymczasem Balcerowicz zawiesił zegar, zegar zaczął odliczać dług publiczny, odliczał, odliczał, aż się naodliczał do kryzysu finansowego.

W którym to kryzysie rząd znalazł się, a jakże. Obwieścił wyborczemu światu, że choćby nie wiem co i choćby spadek słupków i przegrana w następnych wyborach, reforma OFE będzie taka, jakiej rząd (minus Rybiński i Boni, który w zaistniałej - niezgodnie z jego propozycją- reformie odmówił wyjścia do dziennikarzy na konferencję prasową i powiedział szefowi, żeby sobie sam poszedł) chce. Bo trzeba ratować finanse publiczne.

I nieważne, że niżej podpisany wyborca (dalej występujący jako npw) tej opcji politycznej nie życzy sobie, żeby jakiekolwiek jego pieniądze trafiały do ZUSu, bo to jest studnia bez dna, w której kasa znika, jak pojedyncze pończochy w szufladzie npw. Nieważne, że mógłby npw pokazać palcem bijące raźno, lepsze niż jego szarpana ze wszystkich stron przez podatki, zusy, vaty i akcyzy potencjalne źródełka poratowania finansów publicznych. Rząd nie narazi się przecież koalicjantowi, czyli PSL i nie zabierze za reformę KRUS (chociaż to obiecywał, i chociaż de facto Trybunał go do tego zobowiązał). Rząd nie jest głupi i nie dobierze się górnikom do piętnastek, szesnastek i odpraw- bo górnicy są mocni i w łapie i w gębie. Górnicy są mobilni. Górnicy przyjadą pod sejm - mało! Taki górnik jest w w stanie jednocześnie wrzeszczeć "Precz!" i rzucać śrubami w okna. W porównaniu z takim górnikiem npw jest: słaby w łapie, słaby w gębie, a do Warszawy nie pojedzie, bo go nikt na taką pielgrzymkę z pracy nie zwolni. No ale cóż- rząd starannie dobiera ochotników do zaciskania pasa. Bo źle dobrany ochotnik, jak mu się zacznie zaciskać pas, może mieć odruch bezwarunkowy i zacisnąć łapska na gardle zaciskającego.

Rząd sobie poradzi.

wtorek, 15 lutego 2011

Ciąg dalszy ciągu dalszego...

...tej samej reklamacji. No więc tak:

Kiedy ponad miesiąc temu posiadacz składał kolejne papiery w Banku upewniał się,że to już wszystko, że jest w porządku i że niczego innego nie potrzeba. Upewniono go w tym wielokrotnie- zaklinała się pani kierownik Oddziału na miejscu i pani prowadząca sprawę reklamacji tam,gdzie reklamacje są prowadzone.

Dziś, po ponad dwóch miesiącach od dnia okradzenia jego karty kredytowej,posiadacz odstał godzinkę na poczcie, żeby odebrać awizo. Awizowany był list polecony (a więc jednak się uczą!) z Banku. A w liście? Wezwanie do uzupełnienia w terminie 14 dni braków przedłożonej dokumentacji. Tej, co to jeszcze miesiąc temu według pracownika, prowadzącego sprawę reklamacji żadnych braków nie miała...

To się nazywa Cud Bankowy. Tylko w Banku Śląskim ING!

poniedziałek, 10 stycznia 2011

Historii jednej reklamacji...

...ciąg dalszy. A jednak! Myśleliście, że bank poprzestanie na zmarnowaniu posiadaczowi dwóch wieczorów? Ja też.

Lecz dzień dzisiejszy zasię dowiódł, jak bardzo myliliśmy się.

Zadzwoniła dzisiaj oto do posiadacza pani z banku. Z troską w głosie zapytała, gdzie też znajduje się karta.

"U mnie w portfelu" - łagodnie zdziwił się naturą pytania posiadacz, bo co to w końcu kogo obchodzi, gdzie on lubi nosić swoje karty.

"To proszę ją natychmiast przynieść do Oddziału!" - rozgorączkowała się pani.

"Ale czym ja wtedy będę płacił?" - stropił się posiadacz.

"Ależ ona jest zablokowana!" - objaśniła go pani.

"Ależ nie jest- dopiero jej używałem"- objaśnił pani posiadacz.

"Proszę pana, to jest absolutnie niemożliwe, żeby pan używał zastrzeżonej karty" - wybuchnęła pani.

"Zgoda- to rzeczywiście jest niemożliwe. Tyle, że ta karta nie była zastrzegana od tygodnia, czyli od kiedy ją mam." - cierpliwie tłumaczył posiadacz.

"..."

"Halo?"

"Aaaa- bo pan mi mówi o tej nowej karcie!" - olśniło panią.

"No... tak" - stropił się posiadacz.

"A ja pytam o tę starą, zablokowaną!" - triumfalnie zawołała pani. - "Gdzie ona jest?"

"No teraz to już pewnie na wysypisku, razem z innymi śmieciami, które wyrzucałem przed świętami." - objaśnił panią posiadacz.

"Jak to- to Pan ją... wyrzucił?" - zachłysnęła się pani.

"Tak, proszę pani- pociąłem ją na kawałki i wrzuciłem do kubła z plastikiem i metalem- jak każdą kartę, która stała się nieaktywna." - cierpliwość posiadacza nie znała granic.

"Nie powinien pan był..." - złowrogo zamruczała pani.

"Kiedy zastrzegałem kartę, absolutnie nikt tego nie sugerował, że powinienem zachować zastrzeżoną kartę" - zaczął się niecierpliwić posiadacz.

"To zapraszamy do Oddziału banku" - gładko zmieniła temat pani - "w celu złożenia pisemnego oświadczenia, że zniszczył pan zastrzeżoną kartę."

Taaak...

Kolejne zaświadczenie dołączyło do sióstr i braci w teczce z Reklamacją.

Dlaczego nikt nie zasugerował posiadaczowi potrzeby złożenia takiego oświadczenia przy okazji pierwszej lub drugiej wizyty w Oddziale w związku z tą samą reklamacją? Mnie nie pytajcie- ja nie wiem. Ja tylko płacę bankowi za obsługę mojego rachunku. I mojej karty. I jej ubezpieczenia.

czwartek, 6 stycznia 2011

Karta kredytowa w ING Banku Śląskim? Ostrzegam!

To pomysł dobry jedynie dla posiadających tony samozaparcia i hektary wolnego czasu masochistów o stalowych nerwach. Jeśli Ci tę kartę, opłacaną wraz z dodatkowym ubezpieczeniem na wypadek kradzieży, okradną- strzeż się! W tym banku utrudnią i uprzykrzą Ci życie tak skutecznie, że znienawidzisz pomarańczowy do końca życia. A było to tak:

W pewien grudniowy czwartek posiadacz takiej właśnie, ubezpieczonej dodatkowo karty ze zdumieniem odkrył, że odbiło mu transakcję na 30 złotych, bo jakoby nie ma środków na karcie. Na której to karcie może i limit jest malutki (co w tym wypadku uratowało posiadaczowi sporą część oszczędności) ale nigdy, przenigdy w życiu nie zdarzyło się posiadaczowi tego limitu przebić. Loguje się zatem posiadacz na swoje konto bankowe i do historii transakcji karty. I co widzi? 10 dni wcześniej- 2 transakcje, jedna na 40 dolarów, druga na 20. 9 dni wcześniej- to samo. Dwie transakcje, każda na okrągła sumę dolarów. 8 dni wcześniej też. I 7 dni wcześniej. Wszystkie transakcje mają tego samego beneficjenta- jakieś coś w Dniepropietrowsku, na Ukrainie. Różnią się tylko i wyłącznie kwotą (choć zawsze okrągłą) ukradzionych posiadaczowi dolarów (bo oczywiście nie trzeba dodawać, że posiadacz nigdy w życiu takich transakcji nie dokonał był). Zdziwiony nieco, że nikt w banku nie zwrócił uwagi na takie trefne na pierwszy rzut oka transakcje i nie zadzwonił zapytać, czy aby posiadacz robi z Ukrainą dwa razy dziennie takie interesy (co w innych Bankach jest normalną taktyką), zadzwonił posiadacz na infolinię ING Banku Śląskiego, opowiedział, co zobaczył, zapytał co dalej. Pracownik banku wyjaśnił, że teraz normalną procedurą jest zablokowanie karty, wydanie i przysłanie innej, nowej o innych numerach i oczywiście przyjęcie reklamacji.

Oczywiście.

Jak pracownik banku zarekomendował, tak posiadacz zrobił, karta została zablokowana, szczegóły felernych transakcji- natychmiast zniknęły z systemu bankowości on-line, reklamacja- przyjęta.

I na tym historia powinna się zakończyć. Tak, jak kończy się w innych bankach historia kradzieży z ubezpieczonej odpłatnie karty kredytowej.

Powinna. Ale to wcale nie był koniec- to był dopiero początek!

Po jakichś dwu tygodniach od tamtego czwartku posiadacz wyciągnął ze skrzynki list. Zwykły, wcale nie polecony list z ING Banku Śląskiego. Otwiera, czyta i oczom nie wierzy. Tam bowiem jakaś pani z działu reklamacji banku wyjaśnia, że po rozpatrzeniu reklamacji numer, z dnia, poprosi o dostarczenie dodatkowych danych. Dostarczenie do oddziału banku. W terminie- uwaga- 14 dni od dnia WYGENEROWANIA przez panią tej informacji. Szczęśliwie posiadacz był w domu, nie na wakacjach i wydłubał list ze skrzynki. Jakby ośmielił się wyjechać za miasto (jako, że był to okres świąteczno- noworoczny), albo jakby poczta tej koperty nie dostarczyła do skrzynki w powodzi kartek świątecznych- koniec, kropka, reklamacja spóźniona. A tak? Zostało mu całe sześć dni (w tym trzy- świąteczne). Więc posiadacz został poinstruowany, aby w czasie tych trzech dni, kiedy bank pracuje:
1/. Zgłosił się na policję , złożył na niej zawiadomienie o popełnieniu przestępstwa na jego szkodę i poprosił o zaświadczenie, że takie zawiadomienie złożył,
2/. Z zaświadczeniem tym udał się do oddziału banku i przedkładając tam owo:
3/. Złożył bankowi oświadczenie, gdzie był w dniach, kiedy go okradano przez internet,
4/. Uwaga, teraz będzie śmiesznie; złożył bankowi osobną reklamację na KAŻDĄ kwestionowaną transakcję. Pamiętacie? Osiem transakcji, każda identyczna, różniące się tylko datą i kwotą. Na każdą jedną-osobny papier, że się jej nie robiło.

Nie wiem, jak dalej potoczy się sprawa reklamacji w ING Banku Śląskim nieautoryzowanych transakcji z karty kredytowej, ubezpieczonej na wypadek nieautoryzowanych transakcji, posiadacz jest bowiem na etapie zbierania zaświadczeń i donoszenia ich w zębach do oddziału banku. Postaram się informować na bieżąco. Ale powyższe oczekiwania instytucji wobec płacącego jej, ubezpieczonego w niej, powierzającego jej swoje pieniądze klienta skomentuję poniżej.

Po pierwsze- na banku, jako instytucji, ciąży wynikający z ustawy, psi obowiązek informowania organów ścigania o podejrzeniu popełnienia przestępstwa. Dlaczego w tym wypadku bank był uprzejmy przerzucić ten obowiązek na klienta? Mnie nie pytajcie, bo nie wiem.
Po drugie - dla przypomnienia- kiedy karta została zablokowana, szczegóły felernych transakcji- natychmiast zniknęły z systemu bankowości on-line. Nikt nie powiedział posiadaczowi, że ma sobie przed zgłoszeniem wydrukować te transakcje, bo zaraz przestanie mieć ich podgląd. Wyciągu z zablokowanej karty mu też nie przysłano. Wobec czego rodzą się pytania:
-jak posiadacz ma policji zgłosić przestępstwo, skoro nie pamięta dokładnych danych beneficjenta, dat oraz kwot wszystkich transakcji?
-jak posiadacz ma zareklamować KAŻDĄ z transakcji oddzielnie, skoro jest, jak wyżej napisano?
No więc z tą wątpliwością posiadacz udał się do banku. Gdzie przywitała go nadąsana pani kierownik i na dzień dobry ofuknęła, że nie może mu dać takich danych, bo ich nie ma. Może zamówić je w Warszawie. Przyjdą za jakieś minimum dziesięć dni. Udało się te wyciągi wydębić dzięki anielskiej cierpliwości i urokowi osobistemu posiadacza. Mój z tego wniosek? Jednak je pani na miejscu miała- i mogła była od razu dać. Bez opowiadania na dzień dobry, że nie ma.

Nie wiem, jak jest w innych bankach. Ale jak ktoś chce mieć kartę kredytową w ING Banku Śląskim- w razie kłopotów jest właśnie tak. To może daj mu tę z życia wziętą historię, drogi czytelniku mojego bloga, do przeczytania, zanim złoży wniosek o wydanie karty- niech zawczasu wie, co w razie czego na niego czeka za pomarańczowymi drzwiami...

sobota, 20 listopada 2010

Wyborcy wiatr w oczy.

Wybory samorządowe są, ,moim zdaniem, najważniejsze z punktu widzenia przeciętnego Kowalskiego. Ważniejsze, niż te parlamentarne. I niż te prezydenckie. Wobec realizowanego przez parlamentarzystów od kilku lat założenia decentralizacji władzy i przerzucenia kompetencji (a w tym-do dysponowania pieniędzmi podatnika) na szczebel lokalny (gminy, czyli wójt/burmistrz/prezydent oraz radni), przy zmniejszającej się w tak zwanym terenie roli administracji rządowej (wojewodowie) to właśnie od decyzji wybranych przez niego samorządowców zależy jakość i komfort życia Kowalskiego tam, gdzie mieszka. Tak zwana "Warszawa" może i zbuduje Kowalskiemu (za te czy inne pieniądze) autostradę- ale już dobry asfalt na drodze, na którą się z tej autostrady zjeżdża położy (albo nie) samorząd. Zagłosuj dobrze- odprowadzisz dziecko do nowo wybudowanego przedszkola, będziesz jeździł nowoczesnymi tramwajami po nowoczesnych torowiskach, spacerował po czystym parku miejskim, pożyczał książki w bibliotece i parkował na dobrze zaplanowanym w centrum miasta parkingu. Zagłosuj źle- i wiadomo. Ale przynajmniej zyskasz prawo do narzekania na następne cztery lata.

Głosuję we wszystkich wyborach, od kiedy uzyskałam czynne prawo wyborcze. Z wielu różnych powodów. Także dlatego, że dwieście lat temu kobieta mogła co najwyżej pomarzyć o tym, żeby móc o czymś sama zadecydować. I dlatego, że lubię czasem ponarzekać- a Ci, co nie zagłosowali na nic, także na nic nie mają prawa narzekać.

No i oto siedzę przed komputerem w sobotę przedwyborczą. I klnę jak szewc. Albowiem od co najmniej dwóch godzin próbuję w pocie czoła znaleźć najpierw informację o tym, jak właściwie mam glosować, a następnie o tym, który kandydat jakie ma osiągnięcia i co proponuje na przyszłość.

Co do głosowania- czarna magia i obszerne cytaty z ustawy, zamiast logicznych, rzetelnych wyjaśnień. Będą cztery karty do głosowania. Chyba, żeby nie. W mieście wojewódzkim na pewno będzie różowa. I biała. A niebieska? I żółta? Chyba raczej nie. Chyba, żeby? Hmmm.... Po co komu aż taki stopień skomplikowania wyborów na szczeblu najbardziej podstawowym- przerasta moje pojęcie.

Wobec tego poddaję się i nie próbując nawet zacząć dociekać, jak wyłania się zwycięzców głosowania i po ilu z której listy wchodzi gdzie, zaczynam szukać informacji o poszczególnych kandydatach. No owszem- są nazwiska, ułożone listami partyjnymi. Co nie daje dokładnie nic, bo w wyborach samorządowych chodzi raczej o to, który kandydat którą dziurę w drodze chce załatać i jaki typ spraw leży mu na wątrobie niż o to, z jakiej listy startuje. Wobec tego grzebię, kopię, wpisuje w wyszukiwarkę kolejne imiona i nazwiska. A czas mija.

I tu refleksja. Przeciętny Kowalski nie zadałby sobie, obawiam się, tyle trudu i nie poświęcił tyle czasu. Przeciętny Kowalski nie odróżnia bowiem na ogół Urzędu Miasta od Urzędu Wojewódzkiego. Przeciętny Kowalski zobaczywszy, że wybory zaraz, a o jego głos nikt nie zabiega, wrzucając do skrzynki program wyborczy, a nie tylko karteluszkę z fotografią i określeniem przynależności partyjnej uzna, że po diabła ma się w takim razie gimnastykować, prowadząc prace wykopaliskowe w sieci. I w najlepszym wypadku pójdzie w niedzielę wybierać i zakreśli takie nazwisko, jakie mu się z czymkolwiek skojarzy. A w najgorszym- uzna, że ma kandydatów dokładnie tam, gdzie oni jego i nie pójdzie głosować wcale.

A potem, czekając na ciemnym przystanku 48 minut na zdezelowany tramwaj (to się zdarza- spytajcie Agnieszkę!) narzekał będzie przeciętny Kowalski w twarz wyblakłemu plakatowi wyborczemu tego czy innego, zupełnie mu nieznanego kandydata.

I dopóki sposób prowadzenia kampanii samorządowej w Polsce się nie zmieni- obawiam się, że będzie miał do tego narzekania święte, wyborcze prawo.

No chyba, że nie zadał sobie trudu nawet, żeby wyjść z domu i zagrać w wyborcze chybił- nie trafił w lokalu wyborczym.

czwartek, 11 listopada 2010

Święto Bardzo Narodowe.

W miejscu tego posta powinna widnieć fotografia. Ale niestety- człowiek nie wszędzie ze sobą nosi aparat, a nawet jak go ze sobą zabiera, to niekoniecznie może użyć, bo ma na przykład ręce kierownicą zajęte. I tak, zamiast w soczewce obiektywu, odbijają się obrazy w soczewkach zadziwionych, zachwyconych oczu i zostają na zawsze utrwalone w negatywie wdzięcznej pamięci. A że nie wymyślono jeszcze sposobu na wywołanie własnych wspomnień jak fotografii z wakacji na Krecie- pozostają klisze, mozolnie budowane ze słów. A jako wywoływacz posłużyć może jedynie wyobraźnia czytelnika.

Wyobraź sobie zatem, Czytelniku pustą (jak to przy Święcie Bardzo Narodowym), asfaltową ulicę w mieście wojewódzkim, którą nieśpiesznie (bo ku właśnie zmienionemu w czerwone zielonemu światłu sygnalizatora) turlikają się samochody osobowe. Niechaj ta ulica przebiega wzdłuż szczęśliwie zamkniętego (jak to przy Święcie) centrum handlowego. Wzdłuż pustego parkingu centrum, oddzielając go od ulicy, leży sobie wśród bezlistnych drzew chodnik dla pieszych.

Teraz wyobraź sobie, że jedziesz jednym z tych samochodów. Może myślisz o Święcie. O tym, że jak większość Świąt tego dziwnego kraju, jest smutno- pompatyczno- melancholijne, dźwięczące dawno już wybrzmiałymi, smętnymi piosenkami żołniersko-powstańczymi, melancholijnym nawoływaniem niekoniecznie złotego rogu, pachnące naftaliną i snami o wielkości, która jakoś nigdy nie nadeszła. Albo wręcz przeciwnie- o tym, że może biednie, brudno i dziurawy asfalt pod kołami, jak nigdzie w Europie, ale za to wreszcie niepodlegle, z wolną prasą i paszportem w każdej szufladzie. A może myślisz o całkiem czym innym, nijak ze Świętem nie związanym.

I nagle...

Spomiędzy bezbronnie nagich, listopadowych drzew, wyłaniają się idące stępa, w karnym rządku konie. A na koniach- młodzi żołnierze, w zielono-brunatnych szynelach, w czapkach z otokiem. Smukłe, proste jak struna chłopaki na prychających cicho kasztankach. Jak wtedy, w 1918. I jak potem, we wrześniu 1939. Dumni, młodzi żołnierze.

Samochody zwalniają, ludzie gapią się na Nasze Wojsko z dziecinnym zachwytem, bezwiednie uśmiechając się od ucha do ucha. I przez moment, przez jedną krótka chwilę, każdy myśli wyłącznie o Święcie.

I nawet Ci, co nie potrafią się wzruszyć, jak grają hymn i biało-czerwoną flagę wciągają na maszt, nawet Ci, których nie łaskotało w gardle, kiedy ubrana w skromną, czarną sukienkę Wisława Szymborska nieśmiało, ale godnie szła w dalekim Sztokholmie przez pełną salę ku czekającej na nią nagrodzie Nobla- nawet Ci przez chwilę rozumieją tamte kobiety, które w 1918 i w 1939 rzucały pod kopyta tamtych kasztanek z zachwytem i niezachwianą wiarą późne, jesienne kwiaty.

piątek, 1 października 2010

Znać swoje miejsce

Opowiedziano mi dzisiaj następującą historię z życia wziętą. Otóż pewien cztero-i-pół latek po wakacyjnej przerwie powrócił do przedszkola. Kiedy po całodziennej zabawie zmieniał kapcie na obuwie zewnętrzne, Pani zwróciła się do niego łagodnie tymi oto słowy:
"Kacperku, posprzątaj po sobie zabawki!"

Kacper podumał chwilkę, po czym spojrzał na Panią poważnie i odparł z niezachwianą pewnością siebie cztero-i-pół latka:
"Ale to jest Pani problem. Przecież to Pani tutaj pracuje."

wtorek, 21 września 2010

San Isidro.

Nie znajdziecie na żadnej mapie tej małej, zapyziałej, galicyjskiej wioski het, na północy Hiszpanii. W każdym razie ja nie znalazłam- ale też nie powiem, żebym umiała przeczytać mapę. No ale tkwi tam, przycupnięta wzdłuż drogi, przygarbiona ze starości. Ot- zwyczajna, niepozorna wioska hiszpańska- cztery domy na krzyż. Oraz knajpa.

Ale jaka knajpa!

W porze posiłku uwagę przejeżdżających podróżnych zwracają dwie rzeczy: zapchane samochodami do granic możliwości pobocze oraz służący za parking placyk, oraz pokaźna grupa ludzi, okupujących każdy wolny kawałek chodnika przed wejściem. Jeśli taki podróżny zdecyduje zbadać szczegółowo naturę zjawiska i podejdzie bliżej zobaczy, że okupanci chodnika dzielą się na dwie kategorie: tych, którzy cierpliwie czekają na stolik i tych, którzy już przy takim stoliku, często ustawionym pomiędzy oczekującymi, siedzą.

Jeśli następnie, wiedziony nieomylnym przeczuciem smakosza- łasucha podróżny taki dojdzie do wniosku, że taka kolejka w takim miejscu nie stoi przez przypadek i, porzuciwszy gdzieś samochód, dołączy do czekających na chodniku, dane mu będzie zobaczyć kolejne dania, wjeżdżające na stoły i stoliki obok. Półmiski mięsa wielkości stołu, kopce navajas pod którymi mógłby się zagubić i nigdy nie odnaleźć sporych rozmiarów pekińczyk, sałatki dla jednej osoby, którymi śmiało możnaby wykarmić średnich rozmiarów armię. A między tym wszystkim uwijający się jak w ukropie, pozornie nie zwracający na wygłodniałych czekających żadnej uwagi kelnerzy. Pozornie- bo przecież co i rusz od wejścia rozlega się gromko pytajne Cuantas i, w zależności od wielkości zwalnianego właśnie stolika, wybierana jest grupa szczęśliwców gabarytowo doń dopasowana.

Zarówno ilość, jak i jakość podawanego tam jedzenia wynagradza absolutnie wszystko- dwugodzinne czekanie, poparzone południowym, hiszpańskim słońcem plecy, ból stopy, po której ktoś przejechał dziecinnym wózkiem. A jeślibyś, drogi podróżny, zasadził się na jakieś danie , które nie było warte całego tego czekania, przy Twoim stoliku jak spod ziemi wyrośnie czujny właściciel żeby Ci zasugerować, że tak, owszem, pulpo, JAK ZWYKLE, niezłe, ale za to navajas DZIŚ wprost niezrównane. I tylko od Twojej inteligencji, konsumencie zależy, czy zaufać osądowi właściciela, czy dać się ponieść kulinarnym fantazjom z kolejnych stron menu.

Ja zaufałam. Za każdym razem.

czwartek, 20 maja 2010

Ośla grypa.

"Kto popiera zapłodnienie in vitro, nie może przystępować do komunii świętej - ogłosiła Rada Episkopatu ds. Rodziny."
....
Zaapelowałabym do inteligencji panów biskupów ale musiałabym mieć wewnętrzne przekonanie, że na zebraniu takiej Rady statystyki inteligencji uczestników przebijają 1. Zaapelowałabym do poczucia przyzwoitości- ale ono ciągle nie może podnieść obolałego siedzenia z pierwszej ławki w Bazylice Mariackiej, gdzie na pogrzebie pana prezydenta RP, w świetle fleszy, siedziało wciśnięte między wiązankę a arcybiskupa Petza, znanego Przyjaciela Dzieci. Zaapelowałabym do sumień- ale uroki tegorocznego maja mi wystarczą, nie zniosę więcej rozczarowań.
Pozostaje mi zatem zaapelować do (zdaje się- coraz już mniej licznej) grupy wiernych, którzy nadal myślą samodzielnie. Ludzie! Niechże ktoś sprawdzi, co organiści napchali do kadzielnic, bo może jak się te ziółka podpala i nimi kopci, to stojącemu przy ołtarzu księdzu (jak się zaciągnie) pogarsza się od tego stan zdrowia? Albo poprzegląda te ichnie książki- co, jeśli tam ktoś dla żartu litery poprzestawiał (najpewniej- całymi zdaniami) i stąd powszechne oderwanie kazań od Słowa Bożego? Albo może to wino mszalne jakieś zapleśniałe (a spożywana systematycznie pleśń, jak powszechnie wiadomo, może wywoływać omamy i halucynacje)?

Bo przecież jak inaczej wytłumaczyć fenomen funkcjonowania w nowoczesnym, świeckim (pisze w Konstytucji) państwie w środku Europy tak kompletnie odklejonej od rzeczywistości, tak konsekwentnie ślepej i głuchej na otaczający świat, jego potrzeby i wymogi grupy społecznej? Jak inaczej, jeśli nie jakąś wysoce zaraźliwą przypadłością psychosomatyczną? Która, nie diagnozowana na czas i nie leczona penicyliną, pozostawia u ozdrowieńców ślady w psychice, mizoginizm i trwałą odporność na zdrowy rozsądek?